Ja właśnie przeżywam załamanie.
Jest pewna wieś, teoretycznie dziura zabita dechami, na 15km od Głogowa na dl.śląsku.
Spędziłem w niej praktycznie całe życie, i rodzice wybudowali tu dom, 3 lata temu się wprowadziliśmy. Wcześniej mieszkaliśmy tu u babci 50 m dalej...
Dookoła było zielono, mnóstwo krzaczastych akacji dzieliło nas od asfaltowej drogi położonej 50 m dalej. W lecie było tu przepięknie. Wydawało się że rozwój cywilizacyjny ominął te 2 km kwadratowe, i to był plus tej wsi.
Było sporo nieużytków, działek rynku rolnego, na których rosło wiele pięknych drzew, między innymi dwa wielkie i bardzo stare kasztanowce, które były wpisane w rejestr punktów orientacyjnych Wojska Polskiego.
Dziś siedzę tutaj na lapie, ze słuchawkami na uszach, aby nie słyszeć wycia pił, które właśnie niszczą cały krajobraz dookoła.
Kilka tygodni temu na świetnej drodze polnej, po której młodziki zasuwały Rometami, a ja swoją Renówką, wybudowano niewiadomo po co drogę brukowaną, która jest tylko na pokaz, że w ostatniej kadencji zarząd gminy coś jednak zrobił.

Rodzice mówią że jaka to dla mnie różnica skoro za rok wyjeżdżam pewnie na studia. Tylko że chciałbym tu jeszcze wrócić, i mieć do czego....
Tak naprawdę to nie jest ból największy dla mnie. Ból też nie polega na tym, że moją mamę to boli, że wieś w której się wychowała została zniszczona.
Ból jest w tym, że w tym domu moi rodzice chcieli się zestarzeć, w bujanym fotelu na tarasie. Ale widząc sielską wieś, taką jaka ona była. A nie na ściernisku. Życiowe marzenie prysło.