Odświeżenie tiem!
Trochę filmów, które obejrzałem w 2010. Być może rozłożę to na kilka postów, bo o każdym filmie chcę napisać coś więcej.
Mój wujaszek / Mon oncle (1958)





Jacquesa Tati satyra na amerykanizację i obsesję wszystkim co nowoczesne francuskiego społeczeństwa po drugiej wojnie światowej ukryte pod postacią wdzięcznej i lekkiej komedii nawiązującej do klasyków slapsticku czasów kina niemego. Dialogi ograniczone do absolutnego minimum: zabawność filmu bierze się z najrozmaitszych dźwięków wydawanych przez nowoczesne maszyny oraz z prześmiesznych kontrastów między przedwojennym, "ludzkim" Paryżem z jego kruszejącymi, krzywymi kamienicami a supernowoczesnymi suburbiami pełnymi prostych linii, elektronicznych urządzeń, fabryk i budynków, w których ważniejszy od wygody mieszkania jest wygląd każdego mebla. Tati za pomocą najprostszych środków (podkreślam, w filmie prawie nie ma dialogów!) nakreśla profile psychologiczne ludzi zamieszkających dwa różne światy: prości, serdeczni, pomocni mieszkańcy starego Paryża, który wszędzie poruszają się na rowerach a pretensjonalni, profesjonalni, ubrani w garnitury i eleganckie (acz niepraktyczne) kreacje mieszkańcy nowych suburbiów, dla których największą radością są nowe drzwi od garażu i którzy wszędzie poruszają się swymi chromowanymi, rozbujanymi krążownikami szos. Znakomita komedia sytuacyjna, zwłaszcza kiedy gapowaty pan Hulot (grany przez samego Jacquesa Tati) próbuje poradzić sobie z rozmaitymi urządzeniami w supernowoczesnej willi. Można uznać "Wujaszka" za rozgrzewkę do naprawdę wielkiego (dosłownie) dzieła, jakim był...
Play Time (1967)





Film absolutnie jedyny w swoim rodzaju. Nikt przedtem i chyba nikt potem nie stworzył takiego filmu. Gdybym miał wymyślić gatunek dla tego filmu, najwłaściwszym określeniem byłaby chyba "komedia architektoniczna" lub "komedia urbanistyczna". Tati nadal satyryzuje bezgraniczne zaufanie społeczeństwa do supernowoczesnego budownictwa, ale zwiększa skalę od kilku domów jednorodzinnych w poprzednim filmie do całego miasta. Całe miasto zbudowane od podstaw na obrzeżach Paryża, składające się z jednakowych, bezdusznych, przeszklanych biurowców, każdy będący kopią drugiego. Żadnych parków, żadnej zieleni - okna od ziemi do sufitu, szaro-czarno-srebrno-biała paleta kolorów, proste linie i kąty proste. Ludzie zdają się oddawać porządek architektoniczny: ubrani w garnitury i kostiumy w prostych kolorach, chodzą prostymi liniami, skręcają pod kątem prostym, nie wykonują żadnych niezbędnych ruchów, nie okazują prawie żadnych oznak "ludzkości", jak roboty. Jak jakaś pokręcona ekranizacja Simsów czy SimCity. Film nie z tej ziemi. François Truffaut napisał o tym filmie: "to film z innej planety, gdzie robią filmy
inaczej." I w sam środek tego futurystycznego, zimnego, szklano-stalowego Paryża trafia grupa amerykańskich turystów. Tati wzmacnia swą satyrę jeszcze bardziej przez takie smaczki jak to, że turyści nigdy nie widzą na własne oczy największych zabytków (takich jak Wieża Eiffla czy Łuk Triumfalny) - widzą tylko odbicia w szybach kolejnych anonimowych bloków i biurowców. Nawet w biurze podróży na plakatach promujących inne państwa umieszcza Tati identyczne klockowate bloki na pierwszym planie - Włochy: blok, USA: Blok, Anglia: Blok. Tylko gdzieś z tyłu przebija nieśmiało Big Ben czy wieża w Pizie. Mimo tej niemal dystopijnej wersji przyszłości w filmie pojawia się mnóstwo gagów i zabawnych sytuacji, których kulminacja przychodzi podczas finałowej, 45-minutowej(!) sekwencji w restauracji. Widzimy narastającą niezgodę między coraz bardziej rozluźnionymi (przez co coraz bardziej ludzkimi) gośćmi a prostą i zimną architekturą restauracji. Cały ultranowoczesny świat zdaje się rozpadać pod wpływem zwyczajnej ludzkiej radości i swobody. Film jak żaden inny. Gorąco polecam. Jakub Adamek.