Z niewiadomych przyczyn temat spadł na drugą stronę forum offtopikowego, ale czemużto? Filmy ogląda każdy, niektórzy nawet w kinie. Postanowiłem napisać tutaj recenzję filmu, na którym miałem 'przyjemność' być kilka dni temu w kinie w Gnieźnie.
Transformers: Zemsta upadłych Reżyseria: Michael Bay

Zdarzają się filmy, do których zawartości plakaty reklamujące je pasują jak pięść do nosa. Transformers: Zemsta upadłych jest jednym z tych filmów, do których plakaty pasują idealnie - ponieważ pokazują właśnie to co można zobaczyć w samym filmie: chaos. Czysty, niekontrolowany chaos upiększony mocą przerobową setek potężnych komputerów. Reżyser Michael Bay przeszedł sam siebie w orgii zniszczenia i wszechobecnych wybuchów oraz nieistniejącą fabułą.
Zaraz, czy ja napisałem 'nieistniejącą fabułą'? Bo z tego, co wyczytałem na ulotce, którą profilaktycznie wziąłem z kasy kilkanaście minut przed seansem (zdążyłem nawet wszystko przeczytać przed rozpoczęciem filmu), w filmie chodzi mniej więcej o to (cytuję):
"Bitwa o Ziemię została wygrana, ale wojna o przyszłość naszego świata dopiero się zaczyna.
Zwyczajny nastolatek, Sam Witwicky (Shia LaBeouf)
[aktor o najtrudniejszym do wymówienia imieniu i nazwisku od czasów Chloë Sevigny - pzf] poprowadził do walki drużynę kosmicznych robotów, Autobotów, i ocalił naszą planetę przed złymi Deceptikonami, którymi przewodził Megatron. Ale Deceptikony decydują się powrócić, by ostatecznie podbić Ziemię. Autoboty odkrywają, że martwe ciało Megatrona zostało skradzione z bazy wojskowej
[co za banda patałachów pisała to streszczenie fabuły, nie oglądałem nawet poprzedniej części filmu a wiem że ciało Megatrona spoczywa na dnie oceanu, a w bazie wojskowej jest ustrojstwo zwane po polszemu Wszechiskrą - pzf] przez Skorpinoxa, który ożywił je własną iskrą. Oznacza to tylko jedno - Megatron będzie szukał zemsty...
Tymczasem Sam wpadł na trop tajemnicy związanej z pochodzeniem pierwszych Transformersów i Deceptikony postanawiają go porwać. Rozpoczyna się odliczanie do ostatecznego starcia."
I tyle. Na papierze wygląda to co prawda ładnie i (raczej) prosto, w filmie jednak wszystko się gubi, rozkleja i stopniowo gubi wątek, skutkiem czego pod koniec potwornie długiego seansu (film ma prawie 150 minut - dlaczego?), przesiąknięty nieskończonymi wybuchami i Colą z wiadra próbowałem sobie niezbyt skutecznie przypomnieć o co chodziło na początku filmu i gdzie się zgubiłem. Właśnie - eksplozje. W filmie eksploduje PRAWIE wszystko. Byłem szczerze zaskoczony podczas sceny w której Autoboty, w tym przemistrz Optimus Prime walczy z bandą Deceptikonów w lesie - a drzewa nie wybuchają. Jak to kur**a nie wybuchają? Ano zwyczajnie, przewracają się. Całe szczęście, niedosyt eksplodujących fragmentów otoczenia zostaje zrefundowany w nadmiarze podczas ostatecznej bitwy w cieniu egipskich piramid, wewnątrz której znajduje się olbrzymia maszyna zdolna zniszczyć Słońce. Nie czytaj tej linijki jeszcze raz. Nie zastanawiaj się nad tym, jakim cudem przez setki lat olbrzymia maszyna z metalu wielkości samej piramidy pozostała nieodkryta pod jednym z najbardziej znanych budynków na Ziemi. Twój umysł może eksplodować z taką samą łatwością jak samochody czy czołgi w filmie Baya. Ilość nielogiczności w filmie zatrwożyłaby nawet twórców Google. Deus ex machina za deus ex machiną. Swoją drogą, Bay powinien zrobić kiedyś film, który jest jednym olbrzymim wybuchem. Aha, głupi ja. Przecież taki film już jest. Nazywa się
Dzień Niepodległości.
Jak na każdy prawdziwy letni kinowy hit przystało, w filmie nie mogło zabraknąć humoru. A może raczej 'humoru' - możesz odjąć cudzysłowy, jeśli bawią Cię takie rzeczy jak robocik kopulujący z nogą Megan Fox czy matka głównego bohatera, która jakimś cudem nie ma zielonego (hmmm) pojęcia o marihuanie i radośnie wpierdala ciasteczka z ową rośliną, czego skutkiem jest prawdopodobnie najmniej śmieszna "śmieszna" scena w historii współczesnego kina, a może nawet kina w ogóle. Ogólnie rzecz biorąc, matka Sama sprawia że matkobójstwo zdaje sie być całkowicie akceptowalnym i poprawnym czynem. Nawet wskazanym. Mamy też takie perełki jak dwa "niggoboty", które poza tym że nie potrafią czytać (co same przyznają) i mówią akcentem prosto z Bronxu czy innego Compton, wyglądają jak karykatury Afro-Amerykanów z przełomu XIX i XX wieku. Krótko mówiąc - najbardziej wkur**iające (i rasistowskie) fikcyjne postaci od czasów Jar Jar Binksa.
Kobiety w filmie są w zdecydowanej części bezmyślnymi symbolami seksu, które są po prostu w filmie po to, by wyglądać ładnie lub by czasem wyrzucić z paszczy absolutnie banalny i niewnoszący nic do fabuły tekst - mistrzostwo osiągnęła w tym Megan Fox, seksbomba która gra dziewczynę nieśmiałego i kujonowatego Sama (to główny bohater - pamiętajcie!!), która zawsze jest czysta, nawet w środku bitwy toczącej się na Saharze oraz ma idealnie dobrany błyszczyk do warg.
Podsumowując - jeśli nie masz nic przeciwko filmom, w którym nie można odróżnić dobrego robota od złego, a także filmom które zdają się być 2,5 godzinną reklamą koncernu General Motors z humorem, który mógłby wymyślić tylko głupkowaty 12-latek - będziesz bawił się dobrze. W przeciwnym wypadku - może być ciężko.

/
