Damian przypomniał mi o tym temacie, postanowiłem więc odrdzewić i swoje zwoje mózgowe i spłodzić jakąś prozę.
Opowiadanie nie ma związku z pch, a jest produktem dziwnego pomysłu, który przed paroma dniami przyszedł mi do głowy. Prawdopodobnie wprowadzę w nim jeszcze kilka poprawek językowych, stylistycznych i udoskonalę nieco narrację, zwłaszcza w końcówce. Póki co potraktujcie to jako beta wersję.
Jeżeli spodoba się Wam i sam będę miał dalsze pomysły na rozwijanie tematu - będę kontynuował.
Prolog
Obudził mnie potworny ból głowy. Właśnie - czy ból głowy sam z siebie jest w stanie wyrwać człowieka ze snu? Problem to właściwie absurdalny i szczerze mówiąc dość błahy, myśl o nim była jednak pierwszą, która tego poranka przyszła mi do głowy. Drugiej nie pamiętam.
Otworzyłem oczy i, w zasadzie, nie poczułem większej różnicy. Łeb bolał mnie tak, że myślałem że za chwilę eksploduje, a smak w ustach... Nie próbowałem nigdy palonej gumy, ale gdybym jednak kiedykolwiek się skusił, to dam głowę że nie różniłaby się od tego, co czułem wtedy. Po kilku ciężkich chwilach spędzonych na próbie zogniskowania wzroku na bliżej nieokreślonym punkcie, zorientowałem się że leżę na podłodze. Plackiem. Pięknie.
Moje zmysły zaczęły się leniwie budzić, jak - wybaczcie porównanie - procesy komputera, który ktoś łaskawie wytrącił ze stanu uśpienia. Przetoczyłem się powoli na plecy, wydając potępieńcze jęki z przepitego gardła, a po chwili odpoczynku, wciąż ochryple stękając, usiadłem.
Słońce zaświeciło mi prosto w zapuchnięte oczy przez okno dachowe, instynktownie więc pochyliłem się do przodu, uświadamiając sobie że trzęsę się jak w gorączce. Bezmyślnie przeczesałem tłuste włosy telepiącymi się rękoma, wciągając powietrze przez zapchany nos. I właśnie wtedy poczułem potworny smród. I serce mi zamarło.
Na chwilę, bo zaraz zaczęło walić jak oszalałe.
Wróciły wspomnienia poprzedniego dnia. Zerwałem się na równe nogi. Adrenalina najwyraźniej zapauzowała kaca, choć ból głowy nie minął. Omiotłem pokój wzrokiem - drzwi i okna zamknięte, butelka i szklanka na stole. Obok kilka kartek. W butelce resztka szkockiej, z grubsza na pół szklanki. Na oko wszystko w porządku. Lekko odetchnąłem, ale wciąż musiałem mieć pewność - czujność wróciła, mimo narastającego ciśnienia w czaszce.
Zbliżyłem się nieco niezgrabnie do stołu, marszcząc nos od narastającego smrodu. Tak, facet leżał tam gdzie upadł. Razem z krzesłem. Znów zupełnie niepotrzebnie przejechałem dłonią po skołtunionych włosach, mając przed oczami migawki z poprzedniego dnia.
Facet wiedział kim jestem i po co przyszedłem. Przypomniała mi się jego przerażona twarz, kiedy próbował zerwać się z krzesła. Nie zdążył, dostał kulkę. Rzuciło nim o oparcie, zakaszlał łapiąc się za pierś.
Zaplotłem ręce na obolałej głowie, przeklinając swoją szybkość reakcji. Strzeliłem instynktownie, ale nie wymierzyłem jak trzeba. Kula utkwiła nieco poniżej jego prawego ramienia.
Zanim zdążyłem wpakować mu drugą w sam środek czoła, rozległo się ohydne, bulgoczące pierdnięcie. Tak, cholera, zesrał się ze strachu. Sekundy później spazm po drugim trafieniu rzucił nim do tyłu.
Z tego wszystkiego schlałem się, w towarzystwie leżącego na podłodze zapaskudzonego trupa, pijąc jego własną whisky. Co za dzień.
Nie pamiętam, kiedy znów usiadłem przy stole, obezwładniający odór już mi nie przeszkadzał, może jakoś o nim zapomniałem. Albo i się przyzwyczaiłem, też prawdopodobne. Starałem się szybko poskładać w całość, przynajmniej z grubsza, wydarzenia poprzedniego wieczora, a nie było to proste w ówczesnym stanie.
Kibel, barek, lodówka. To pamiętałem. Skąd wziąłem szklankę? Chyba też z barku - a może z kuchni? Kolejne kadry były coraz mniej wyraźne, zatarte przez wlewany w siebie w ekspresowym tempie alkohol, a paraliżujący ból głowy i narastające rozdrażnienie nie pomagały w skupieniu się. Porzuciłem myśl o prześledzeniu swoich ścieżek z poprzedniego dnia, z apartamentu na pewno nie wychodziłem, ale miałem aż zanadto dużo przesłanek, by przyjąć że moje odciski, włosy i inny syf jest praktycznie wszędzie.
Jeszcze faktycznie nie zacząłem, a grunt już zaczął mi się przysłowiowo palić pod nogami.
A właściwie, może to i dobry pomysł?
***
Media, o dziwo, nie trąbiły zbyt długo o tym wydarzeniu. Wprawdzie morderstwo przy użyciu broni palnej nie należało w Berlinie do codzienności, ale temat najwyraźniej nie chwycił. Bo i dlaczego miałby? Ofiara, na pierwszy rzut oka - nikomu nieznany obcokrajowiec z parą drobnych ciemnych sprawek w życiorysie. Podrzędny przyjezdny gangster, którego wykończyli zapewne inni mu podobni, w swoich niekończących się, pożałowania godnych porachunkach, po czym podpalili apartament dla zatarcia śladów.
Ostatnie godziny w mieście spędziłem na lotnisku - nie miałem już ochoty niepotrzebnie się włóczyć, a być może podświadomie nie chciałem się zbytnio narażać na wykrycie - ot, gdyby nagle niemiecka policja zyskała pomoc od jakiegoś deus ex machina. Jakiekolwiek moje motywy by nie były, zabijałem beztrosko czas czytając gazety.
Oficjalne komunikaty mówiły to, czego oczekiwałem - tak zwane organy ścigania były tak blisko ustalenia motywu, jak warszawskie metro ukończenia. Dwudniowe nasłuchiwanie policyjnej częstotliwości utwierdziło mnie w tym przekonaniu.
Problem stanowiło oczywiście to, że odpowiednie uszy usłyszały już o ostatnich wydarzeniach, a ich właściciele, według mojej wiedzy, potrafili dodać dwa do dwóch. Lecąc samolotem nie przejmowałem się tym jednak zbytnio, bo jak dotąd wszystko odbywało się zgodnie z planem.
W każdym razie z grubsza.