Autor Wątek: [Opow.] Dzień z życia PCH.  (Przeczytany 35368 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Knoxville_

  • PCT Forum User
  • Wiadomości: 22
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #315 dnia: Sierpień 28, 2011, 23:37:12 pm »
Lepiej żebym jakąś krwawą zemstę odpierdalał : D

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 141
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #316 dnia: Sierpień 29, 2011, 12:09:01 pm »
Przykro mi, ale Twój samolot zaczepi o drzewo :( Ale ćśśśś.

Rooster

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 796
    • Mój DeviantArt
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #317 dnia: Sierpień 29, 2011, 19:02:53 pm »
Będzie tupolew :D
Błogosławiony jest ten, który nie mając nic do powiedzenia, powstrzymuje się od dania nam słownego dowodu na to.

Jigga

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 877
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #318 dnia: Sierpień 29, 2011, 19:09:30 pm »
O ile się nie mylę, to Tupolewy zostały wycofane z produkcji z powodu nie działania jakiegoś systemu do lądowania.

mk2

  • PCH Legends
  • *****
  • Wiadomości: 5 163
    • PCHTeam
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #319 dnia: Sierpień 29, 2011, 19:10:23 pm »
ch**olew piz**olew

Gigabyte GA-990XA-UD3 AM3+ | AMD Phenom II X6 1090T Black Edition | Patriot AMD Black Edition II DDR3 2x4GB | HiS Radeon 6770 1GB
 WD Caviar Green 1TB | Cheftec 550W

#pchteam | #max3d.pl

Hubert

  • PCH Legends
  • *****
  • Wiadomości: 1 482
    • PCHTEAM
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #320 dnia: Sierpień 29, 2011, 22:12:15 pm »
* CTRL+F
* Szukam swojego nicku
* Nie ma
* tl;dr

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 106
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #321 dnia: Sierpień 30, 2011, 08:25:20 am »
Zabili nam prezydenta, a Wy sobie żarciki urządzacie.

Rooster

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 796
    • Mój DeviantArt
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #322 dnia: Sierpień 30, 2011, 14:30:10 pm »
Nie będę się wdawał w dyskusję, Przemku, wyrażę swoje podejście do sprawy jednym słowem poprzez skomentowanie twojej wypowiedzi - lol
;)
Chill out, ja po prostu mam gdzieś te sprawy.
Błogosławiony jest ten, który nie mając nic do powiedzenia, powstrzymuje się od dania nam słownego dowodu na to.

Hubert

  • PCH Legends
  • *****
  • Wiadomości: 1 482
    • PCHTEAM
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #323 dnia: Sierpień 30, 2011, 18:08:14 pm »
Zabili nam prezydenta, a Wy sobie żarciki urządzacie.

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 106
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #324 dnia: Wrzesień 01, 2011, 23:40:32 pm »
Damian przypomniał mi o tym temacie, postanowiłem więc odrdzewić i swoje zwoje mózgowe i spłodzić jakąś prozę.

Opowiadanie nie ma związku z pch, a jest produktem dziwnego pomysłu, który przed paroma dniami przyszedł mi do głowy. Prawdopodobnie wprowadzę w nim jeszcze kilka poprawek językowych, stylistycznych i udoskonalę nieco narrację, zwłaszcza w końcówce. Póki co potraktujcie to jako beta wersję.

Jeżeli spodoba się Wam i sam będę miał dalsze pomysły na rozwijanie tematu - będę kontynuował.

Prolog

Obudził mnie potworny ból głowy. Właśnie - czy ból głowy sam z siebie jest w stanie wyrwać człowieka ze snu? Problem to właściwie absurdalny i szczerze mówiąc dość błahy, myśl o nim była jednak pierwszą, która tego poranka przyszła mi do głowy. Drugiej nie pamiętam.

Otworzyłem oczy i, w zasadzie, nie poczułem większej różnicy. Łeb bolał mnie tak, że myślałem że za chwilę eksploduje, a smak w ustach... Nie próbowałem nigdy palonej gumy, ale gdybym jednak kiedykolwiek się skusił, to dam głowę że nie różniłaby się od tego, co czułem wtedy. Po kilku ciężkich chwilach spędzonych na próbie zogniskowania wzroku na bliżej nieokreślonym punkcie, zorientowałem się że leżę na podłodze. Plackiem. Pięknie.

Moje zmysły zaczęły się leniwie budzić, jak - wybaczcie porównanie - procesy komputera, który ktoś łaskawie wytrącił ze stanu uśpienia. Przetoczyłem się powoli na plecy, wydając potępieńcze jęki z przepitego gardła, a po chwili odpoczynku, wciąż ochryple stękając, usiadłem.

Słońce zaświeciło mi prosto w zapuchnięte oczy przez okno dachowe, instynktownie więc pochyliłem się do przodu, uświadamiając sobie że trzęsę się jak w gorączce. Bezmyślnie przeczesałem tłuste włosy telepiącymi się rękoma, wciągając powietrze przez zapchany nos. I właśnie wtedy poczułem potworny smród. I serce mi zamarło.

Na chwilę, bo zaraz zaczęło walić jak oszalałe.

Wróciły wspomnienia poprzedniego dnia. Zerwałem się na równe nogi. Adrenalina najwyraźniej zapauzowała kaca, choć ból głowy nie minął. Omiotłem pokój wzrokiem - drzwi i okna zamknięte, butelka i szklanka na stole. Obok kilka kartek. W butelce resztka szkockiej, z grubsza na pół szklanki. Na oko wszystko w porządku. Lekko odetchnąłem, ale wciąż musiałem mieć pewność - czujność wróciła, mimo narastającego ciśnienia w czaszce.

Zbliżyłem się nieco niezgrabnie do stołu, marszcząc nos od narastającego smrodu. Tak, facet leżał tam gdzie upadł. Razem z krzesłem. Znów zupełnie niepotrzebnie przejechałem dłonią po skołtunionych włosach, mając przed oczami migawki z poprzedniego dnia.

Facet wiedział kim jestem i po co przyszedłem. Przypomniała mi się jego przerażona twarz, kiedy próbował zerwać się z krzesła. Nie zdążył, dostał kulkę. Rzuciło nim o oparcie, zakaszlał łapiąc się za pierś.

Zaplotłem ręce na obolałej głowie, przeklinając swoją szybkość reakcji. Strzeliłem instynktownie, ale nie wymierzyłem jak trzeba. Kula utkwiła nieco poniżej jego prawego ramienia.

Zanim zdążyłem wpakować mu drugą w sam środek czoła, rozległo się ohydne, bulgoczące pierdnięcie. Tak, cholera, zesrał się ze strachu. Sekundy później spazm po drugim trafieniu rzucił nim do tyłu.

Z tego wszystkiego schlałem się, w towarzystwie leżącego na podłodze zapaskudzonego trupa, pijąc jego własną whisky. Co za dzień.

Nie pamiętam, kiedy znów usiadłem przy stole, obezwładniający odór już mi nie przeszkadzał, może jakoś o nim zapomniałem. Albo i się przyzwyczaiłem, też prawdopodobne. Starałem się szybko poskładać w całość, przynajmniej z grubsza, wydarzenia poprzedniego wieczora, a nie było to proste w ówczesnym stanie.

Kibel, barek, lodówka. To pamiętałem. Skąd wziąłem szklankę? Chyba też z barku - a może z kuchni? Kolejne kadry były coraz mniej wyraźne, zatarte przez wlewany w siebie w ekspresowym tempie alkohol, a paraliżujący ból głowy i narastające rozdrażnienie nie pomagały w skupieniu się. Porzuciłem myśl o prześledzeniu swoich ścieżek z poprzedniego dnia, z apartamentu na pewno nie wychodziłem, ale miałem aż zanadto dużo przesłanek, by przyjąć że moje odciski, włosy i inny syf jest praktycznie wszędzie.

Jeszcze faktycznie nie zacząłem, a grunt już zaczął mi się przysłowiowo palić pod nogami.

A właściwie, może to i dobry pomysł?

***

Media, o dziwo, nie trąbiły zbyt długo o tym wydarzeniu. Wprawdzie morderstwo przy użyciu broni palnej nie należało w Berlinie do codzienności, ale temat najwyraźniej nie chwycił. Bo i dlaczego miałby? Ofiara, na pierwszy rzut oka - nikomu nieznany obcokrajowiec z parą drobnych ciemnych sprawek w życiorysie. Podrzędny przyjezdny gangster, którego wykończyli zapewne inni mu podobni, w swoich niekończących się, pożałowania godnych porachunkach, po czym podpalili apartament dla zatarcia śladów.

Ostatnie godziny w mieście spędziłem na lotnisku - nie miałem już ochoty niepotrzebnie się włóczyć, a być może podświadomie nie chciałem się zbytnio narażać na wykrycie - ot, gdyby nagle niemiecka policja zyskała pomoc od jakiegoś deus ex machina. Jakiekolwiek moje motywy by nie były, zabijałem beztrosko czas czytając gazety.

Oficjalne komunikaty mówiły to, czego oczekiwałem - tak zwane organy ścigania były tak blisko ustalenia motywu, jak warszawskie metro ukończenia. Dwudniowe nasłuchiwanie policyjnej częstotliwości utwierdziło mnie w tym przekonaniu.

Problem stanowiło oczywiście to, że odpowiednie uszy usłyszały już o ostatnich wydarzeniach, a ich właściciele, według mojej wiedzy, potrafili dodać dwa do dwóch. Lecąc samolotem nie przejmowałem się tym jednak zbytnio, bo jak dotąd wszystko odbywało się zgodnie z planem.

W każdym razie z grubsza.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 01, 2011, 23:43:06 pm wysłana przez Lord Kita K'Ul »

ie6rulz

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 3
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #325 dnia: Wrzesień 02, 2011, 12:05:22 pm »
Dobre obowiadanko. Czekam na kontynuację ;-)

PS: Siemanko wszystkim!

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 141
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #326 dnia: Wrzesień 02, 2011, 13:49:31 pm »
Pisałem już na IRC. Cztery klasy lepsze od mojego. I czterdzieści razy bardziej chore. :D

PS. Cześć Artur. :)

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 141
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #327 dnia: Wrzesień 02, 2011, 19:42:55 pm »
Dubluję posta. Możecie mnie zabić. Tym razem krótszy rozdzialik. Zmieniła się koncepcja i następuje nieunikniona po ostatnich częściach zmiana bohatera. Możecie go więc traktować jako wtórny prolog.

Untitled.
Rozdział 4: Nowy wspólnik.

Gdyby to nie było skrajnie irracjonalne, to ktoś mógłby pomyśleć, że Bartek ma jakiś wpływ na pogodę w mieście. Czwarty dzień intensywnego deszczu wystawiał na próbę miejską kanalizację i umiejętności strażaków. Część ulic o strategicznym znaczeniu komunikacyjnym znajdowało się pół metra pod wodą. Śmiałkowie, którzy próbowali przebić się swoimi samochodami, z reguły kończyli podróż po 50 metrach i porzucali auta, które teraz stwarzały wrażenie archipelagu blaszanych wysp na brudnej, miejskiej zatoce. Jedną z wysepek był znajomo wyglądający Nissan Skyline. Maks, kompletnie zaskoczony zniknięciem bez śladu przyjaciela, nie mógł siedzieć bezczynnie i zamieścił w mediach ogłoszenie o poszukiwaniu wspólnika. Pewnie gdyby wiedział, że Knoxiu siedzi teraz na hawajskiej plaży, to pojechałby tam i przefarbował jego twarz na fiolet. Dlaczego zostawił go z tym całym burdelem? Jak on miał sobie z tym sam poradzić? Jigga postanowił, że nie będzie czekał na ewentualny łaskawy powrót wspólnika i po zaciągnięciu opinii prawnej wykreślił go z listy płac. Ogłoszenie cieszyło się oczywiście dużym zainteresowaniem. Po przejrzeniu kilkudziesięciu CV zdecydował się spotkać z tylko jednym kandydatem. Chyba bardziej z sentymentu niż kwalifikacji na to stanowisko, owym kandydatem okazał się… Bartosz. Był to całkiem przystojny mężczyzna średniego wzrostu. Ubrany trochę niechlujnie, ale pasowało to do jego stylu życia. Był bardzo zdolnym programistą, ale egzystencja zgodnie z zasadą Carpe Diem sprawiała, że pieniądze szybciej wydawał niż zarabiał. Mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu, w niezbyt prestiżowej dzielnicy, ale nie wstydził się tego. To właśnie w drodze do jego domu Maks podtopił swoje ukochane auto. Dojście na piechotę wydłużyło podróż o ponad 40 minut. Przemoczony i wkurzony na siebie Jigga dotarł pod właściwy adres i zadzwonił do drzwi. Po dłuższej chwili szczęknął zamek i z drażniącym skrzypieniem drzwi uchyliły się. Przedpokój niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniał. Ściany pokryte były tapetą w jakimś przedziwnym odcieniu zieleni. Tuż przy wejściu stał wieszak i niedomykająca się od ilości upchanych w niej butów, szafka. Bartek pierwszy wyciągnął rękę i przedstawił się.
- Dzień dobry. Jak Pan się pewnie domyśla, jestem Bartosz, dla przyjaciół Fus.
- Witam. Maksymilian, dla przyjaciół Jigga.
- Zapraszam do pokoju, a ja zrobię nam kawę. Przyda się Panu na rozgrzewkę.  – powiedział Bartek i zniknął za kuchennymi drzwiami.
Pokój wyglądał zwyczajnie. Widać było, że gospodarz pospiesznie sprzątał. Właściwie lepszym byłoby określenie ‘rzucał wszystko gdzie się dało’. Sugerowały to przede wszystkim wystające z szuflad skrawki ubrań i niedomknięta szafa, w której dało się zauważyć kupkę leżących w nieładzie koszulek. Ciemno brązowy komplet wypoczynkowy był chyba obity prawdziwą skórą, a przynajmniej takie sprawiały wrażenie. Fotel był bardzo wygodny i, sądząc po dziwnych przyciskach, albo wyposażony w opcję masażu, albo po prostu rozkładany. Na przeciwległej ścianie wisiał duży, na oko 52 calowy telewizor pod którym stało sporych rozmiarów kino domowe z najwyższej półki. Wystrój tego pokoju trochę kontrastował z pastelowo żółtymi ścianami. Maks mógł w ciemno postawić każde pieniądze na to, że przy projektowaniu tego wnętrza nie brała udziału żadna kobieta. Dalszą analizę mieszkania przerwał wchodzący do pokoju Bartek. Jigga natychmiast poczuł mocny aromat kawy. Zdecydowanie nie były to tzw. siki wyprodukowane dla biedronki, tylko prawdziwa, świeżo zmielona kawa, która samym zapachem mogłaby pobudzić niejednego chwiejącego się na nogach. Maks podniósł porcelanową, trochę niedomytą filiżankę i upił łyk czarnego napoju, a jego ciało przeszyło miłe uczucie ciepła. W końcu zwrócił się do gospodarza.
- Dobrze więc. Przejdźmy do interesów…


***

Rozmowa trwała około dwóch godzin. Szybko okazało się, że obaj panowie mają ze sobą wiele wspólnego, co zaowocowało zejściem dyskusji na inne, mniej formalne tory. Efektem spotkania było wejście Bartka do spółki. Oczywiście nie miał pieniędzy na wkład własny, ale otrzymał duży kredyt zaufania, a siłą rzeczy także finansowy, od Maksa. Zgodnie z ustaleniami Fus miał dzień na zorganizowanie sobie bardziej reprezentatywnego ubrania i załatwienie wszystkich formalności w starej pracy. Nie powinno to stanowić problemu, ponieważ szef od dawna nosił się z zamiarem wyrzucenia go z pracy, w związku z licznymi spóźnieniami, a teraz sam Bartek zrobi mu przysługę odchodząc z niej.
- Na mnie już pora. Do zobaczenia jutro wspólniku! – rzekł Jigga i nie czekając na reakcję gospodarza podał mu rękę, sam otworzył sobie drzwi i wyszedł. Znalazł kogoś, kto może pomóc jego firmie wyjść z kłopotów, więc pozostał mu tylko jeden problem. Jak dostać się do domu. W tym zamyśleniu nie zauważył, że opuścił już blok i przechodząc obok jakiegoś starego samochodu zaczepił o jego lusterko rozbijając wkład. Mimo padającego deszczu nie był w stanie rozpoznać jakie auto kryje się pod warstwą, widocznie bardzo starego brudu. Postanowił, że ulotni się z miejsca zdarzenia, a jutro zapyta Bartka o właściciela tego pojazdu i jakoś mu to zrekompensuje. Teraz liczyło się tylko jak najszybsze dotarcie do domu i osuszenie się…
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 02, 2011, 19:45:14 pm wysłana przez damian »

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 106
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #328 dnia: Wrzesień 04, 2011, 20:01:31 pm »
Fajnie, że wprowadzasz nowego bohatera i ogólnie zmieniasz koncepcję, więc to opowiadanie potraktuję jako takie "przejściowe". Niestety, imho zawiera dość duże błędy logiczne:

- Ogłoszenie, rozmowa kwalifikacyjna na wspólnika? Raczej mało prawdopodobne.
- Wspólnikiem (i to bez wkładu własnego) w dużej firmie ma być człowiek (w domyśle) bez doświadczenia w tego typu pracy?
- Jeżeli jednak powyższe nie jest prawdą, to jakim cudem wysoko wykwalifikowany specjalista nie ma nawet granituru (ale to czepialstwo zmojej strony)
- Jakie kwaliifkacje ma Bartek na to stanowisko?

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 141
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #329 dnia: Wrzesień 04, 2011, 20:40:06 pm »
Fajnie, że wprowadzasz nowego bohatera i ogólnie zmieniasz koncepcję, więc to opowiadanie potraktuję jako takie "przejściowe". Niestety, imho zawiera dość duże błędy logiczne:

- Ogłoszenie, rozmowa kwalifikacyjna na wspólnika? Raczej mało prawdopodobne.
- Wspólnikiem (i to bez wkładu własnego) w dużej firmie ma być człowiek (w domyśle) bez doświadczenia w tego typu pracy?
- Jeżeli jednak powyższe nie jest prawdą, to jakim cudem wysoko wykwalifikowany specjalista nie ma nawet granituru (ale to czepialstwo zmojej strony)
- Jakie kwaliifkacje ma Bartek na to stanowisko?
Jestem otwarty na wszelką krytykę, ale:
- Jeżeli jest dwóch wspólników i np. jeden umiera, to jak drugi ma znaleźć nowego wspólnika (przy założeniu braku następców prawnych zmarłego) jak nie przez ogłoszenie w odpowiednich serwisach, pismach i programach branżowych? I gdzie w tekście widzisz coś takiego jak 'rozmowa kwalifikacyjna'? Chyba rozmowa z potencjalnym wspólnikiem przed wejściem z nim w spółkę jest rzeczą naturalną? Myth busted.
- Czy programista nie ma nic wspólnego z grami? Nie napisałem przecież w czym się specjalizował, czyż nie? :>
- Bo jest niechlujem i np. z reguły unikał bezpośrednich spotkań z klientami? :D
- Patrz drugi myślnik :)