Untitled.
Rozdział 3: Wybór.
Wieżowiec należał do najwyższych w mieście więc zejście do podziemnego garażu zajęło blisko 10 minut. Na dole do wspólników dotarło, że nie zastanowili się nad jednym bardzo istotnym szczegółem. Jak trafić do auta w pomieszczeniu o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych, dodatkowo położonym pod ziemią i pozbawionego naturalnego światła, podczas gdy sztucznego po prostu nie było. Próby wykorzystania telefonów komórkowych jako latarek nie dały pozytywnych rezultatów. Maks postanowił nawet poświęcić swoją bezcenną zapalniczkę – tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego jest dla niego bezcenna – i użyć jej w charakterze mikro pochodni, jednak i to nic nie dało.
- Plebejskie Volskwageny mają opcję oświetlania drogi włączaną pilotem, a moje Bugatti za miliony euro tego nie ma. Przypomnij mi jak to się skończy, żebym kupił Passata. – powiedział Bartek chcąc trochę rozluźnić atmosferę, ale z marnym skutkiem, ponieważ Jigga nic nie odpowiedział ani nawet nie zmienił się jego wyraz twarzy. Knoxiu więc kontynuował – Chyba musimy iść do jakiegoś zarządcy budynku. On powinien mieć taki cuda jak latarka.
Ruszyli w milczeniu na pierwsze piętro gdzie zarządca miał swoje, nazwijmy to umownie, biuro. Bartek w zasadzie wcale nie musiał chwytać za klamkę, bo i tak był niemal pewny, że drzwi będą zamknięte. Nie pomylił się.
- Dobra, poddaję się. Jedziemy taksówką. – przerwał ciszę Knox.
- Wiesz co? Coś sobie przypomniałem. Jedź sam do tego swojego prawnika, a ja muszę coś jeszcze załatwić na mieście. Jak już będę wolny to do Ciebie zadzwonię i najwyżej dojadę. – odpowiedział Maks i nie czekając na reakcję kolegi wyszedł z budynku.
Bartek lekko zdezorientowany wyszedł chwilę później i ruszył w kierunku centrum. Pod budynkiem jego firmy był postój taksówek, ale nie podejrzewał żeby w tej sytuacji zastał tam jakiegokolwiek kierowcę w swoim Mercedesie klasy E czytającego wiadomości sportowe z wczorajszej gazety i czekającego, aż wreszcie ktoś każe mu stąd odjechać w obojętnym dla niego kierunku. Prawdę mówiąc to mało kto korzystał tutaj z taksówek i ich właściciele nie cieszyli się zbytnio z perspektywy pracy w tej części miasta. Zwykle na postoju przez cały dzień stały te same auta. Ale zwykle działał też prąd, a firmy nie bankrutowały w 5 minut. Po przejściu kolejnej już, niemal niczym nie różniącej się od poprzednich przecznicy, Knox zdał sobie sprawę, że od lat nie pokonał pieszo więcej niż około 300 metrów, które dzieliły jego willę od sklepu. Po mieście w ogóle nie chodził, ponieważ szkoda mu było czasu, a w jego fachu czas to przecież pieniądz. Pewnie rozmyślałby tak i całą drogę, ale dźwięk dzwonka telefonicznego zmusił go do powrotu do rzeczywistości. Chociaż wiedział, że nie było to możliwe, aby Jigga załatwił jakąkolwiek sprawę w tak krótkim czasie, to miał nadzieję, że to jego numer pojawi się na wyświetlaczu, ale zamiast tego zobaczył tylko napis ‘zastrzeżony’. Bartek niechętnie odebrał:
- Słucham?
- No witam. Widzę, że postanowiłeś się przespacerować. To się chwali! Chociaż nie popieram tych ekologów, to widzę, że dbasz o środowisko. Nie żeby mi to przeszkadzało. Swoją drogą, to myślę, że powinieneś wiedzieć, że taksówkarzy spod budynku nie odwoływałem. – odpowiedział tajemniczy głos, w którym dało się wyczuć rozbawienie.
- Bardzo śmieszne. Ok., udowodniłeś mi, że nie żartowałeś. Wierzę Ci! A teraz to odkręć!
- Myślisz, że to takie łatwe? Masz rację. Mógłbym kiwnąć palcem i razem ze swoim wspólnikiem moglibyście pić jeszcze dzisiaj szampana. Ale nie zrobię tego. Nie wierzyłeś mi. Wystawiłeś mnie na próbę, a teraz chcesz żebym ot tak Ci wszystko oddał?
- To co mam zrobić? Czego Ty ode mnie chcesz?!
- Myślałem, że mamy to już za sobą. Chciałem Ciebie, ale już nie mam pewności czy chcę. Spadasz w hierarchii tego miasta i nie wiem czy opłaca mi się Ciebie ratować. Przy okazji, Twój znajomy prawnik leci w tej chwili na Malediwy. Tak całkiem przypadkiem dotarł dzisiaj do niego list z biletem na popołudniowy lot. Ach ta poczta, tydzień opóźnienia. No ale chłopak szybko się pakuje…
- To skoro mnie nie potrzebujesz, to po co mi to robisz?!
- Ja? Sam to sobie zrobiłeś. Nie pozbawię Cię życia, bo nie jestem mordercą, ale mogę Cię pozbawić wszystkiego innego. Kto jak kto, ale biznesmen i to z sukcesami powinien na przykład wiedzieć, że trzymanie wszystkich oszczędności na jednym koncie, w jednym banku nie jest zbyt rozsądnym rozwiązaniem. Może mieć miejsce jakaś awaria systemu i co wtedy? – w tym momencie dało się usłyszeć zniekształcone mechaniczne ‘piknięcie’ – Oj. No i wykrakałem.
Bartek zalał się zimnym potem. Wiedział, że jego rozmówca nie żartuje, a to oznaczało, że właśnie w tej chwili stracił wszystkie pieniądze na jakie pracował przez ostatnie lata. Utrzymanie wielkiej willi czy samochodu który pali średnio 40 litrów na setkę było delikatnie mówiąc kosztowne. Jedyne co teraz mógł zrobić, to błagać:
- Nie! Proszę, nie!
- Teraz jest już za późno. Ale powiedziałem Ci wczoraj na parkingu, że lubię ludzi z jajami. Dlatego nie puszczę Cię z niczym. Mówiłem już, że całe to miasto w zasadzie funkcjonuje dzięki mnie i jest ode mnie zależne. Nie znajdziesz więc nigdzie pomocy. Daję Ci czas do wieczora. Sprzedaj swoją willę, sprzedaj Mercedesa. Bugatti zostaw, bo przyda mi się do kolekcji. Kilka milionów za to wyciągniesz. Wystarczy na kupno jakiegoś niezłego domu i auta zagranicą. Skoro tutaj sobie poradziłeś, to i tam dasz radę. Jeżeli o 21 będziesz jeszcze w mieście, to stracisz wszystko. Nie interesuje mnie gdzie znikniesz. Kup sobie bilet w jedną stronę i zapomnij o tym mieście. Zmień numer telefonu. Po prostu zniknij stąd.
- Ale nie mogę! Tu mam firmę, rodzinę, znajomych!
- Masz czas do 21. – powiedział głos, po czym w słuchawce zapadła cisza przerwana sygnałem kończącym połączenie.
- kur**a! – krzyknął Bartek tak głośno, że ludzie w promieniu pięćdziesięciu metrów obejrzeli się w jego stronę.
Nie tak miał wyglądać ten dzień. Ta ostatnia rozmowa zabiła w Knoxiu resztki nadziei, że to wszystko uda się jeszcze odkręcić. Że pojedzie do prawnika, a ten znajdzie w umowach coś, co uniemożliwi ich rozwiązanie. Albo, że ostatecznie odda się do dyspozycji tego tajemniczego rozmówcy i wszystko będzie jak dawniej, z tą tylko różnicą, że pierwszy raz w życiu będzie miał jakiegoś szefa. Nie tym razem. Nie pozostawało mu nic innego jak tylko zniknąć. Zrezygnowany zawrócił w kierunku (jeszcze) swojego wieżowca i ruszył w jego stronę.
***
Gdy dotarł pod budynek włączono już prąd. Ludzie zachowywali się jakby nic się nie działo. Nikt nie był świadom wydarzeń ostatniej doby. Pracownicy kłaniali się Bartkowi i uśmiechali do niego. Jedni robili to szczerze, a inni wyraźnie się do tego zmuszali. Jedną z jego ulubionych rozrywek w pochmurne dni w biurze było wymyślanie pretekstów dla wywalenia tych drugich z pracy. Oczywiście nigdy nikogo z nich nie zwolnił, ale poczucie wyższości i władzy najwyraźniej go odprężało. Teraz pomyślał jak bardzo będzie mu ich brakowało. Wszedł do windy i ruszył na ostatnie piętro. Kiedy tam dojechał wszedł do swojego gabinetu. To sporych rozmiarów pomieszczenie mimo, że zdominowane przez zimne barwy, teraz wydawało się takie ciepłe. Pragnął tu zostać i nie ruszać się z niego choćby i rok, ale było już za późno. Podszedł do ogromnego okna zajmującego całą ścianę i spojrzał ostatni raz na miasto z tej perspektywy. W oddali jego wzrok przykuł gigantyczny budynek z napisem PCH. Jeszcze wczoraj planował tam iść, a teraz? Teraz nie miało to już sensu. W nagłym odruchu sięgnął po leżące na biurku kartkę formatu A4 oraz długopis. Przez dłuższą chwilę coś pisał, po czym złożył kartkę na cztery i wsadził do szuflady starając się upchnąć ją bliżej dna. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę wejść. – nakazał Bartek.
Do gabinetu wszedł przeciętnego wzrostu mężczyzna o blond włosach. Ubrany był w garnitur i wyglądające na mocno znoszone pantofle. OD razu rzucało się w oczy, że było to raczej stare ubranie i właściciel nie zagląda do najlepszych butików w mieście.
- Dzień dobry… - powiedział niepewnie mężczyzna.
- W czym mogę pomóc?
- Panie prezesie… o ile oczywiście mogę tak do Pana mówić…
- Tak, oczywiście. Widzę, że musiał Pan rozmawiać w ostatnim czasie z Maksem – lekko się uśmiechając odpowiedział Knox.
- No więc Panie prezesie, mam na imię Kuba. Wczoraj zostałem awansowany przez Pana Maksymiliana na stanowisko prez… to znaczy dyrektora do spraw sprzedaży. Przez całą noc myślałem jak można zwiększyć jeszcze popyt na nasze produkty i chciałbym Panu przedstawić swoją wizję.
- Niestety nie będę miał na to czasu, ponieważ muszę służbowo wyjechać. Przyjdź z tym do Maksa kiedy wróci.
- Dobrze. Przepraszam, że Panu przeszkodziłem.
- Nie ma sprawy.
- Do widzenia. – powiedział Kuba i już wychodził z pomieszczenia, kiedy Bartek zawołał:
- Zaczekaj! Jesteś dyrektorem, tak? A dostałeś już telefon służbowy?
- Nie. To dyrektorzy mają telefony służbowe?
- Oczywiście. Masz. – powiedział Knox wręczając podwładnemu swój osobisty telefon.
- Ten telefon jest chyba droższy niż moje mieszkanie! – powiedział z zachwytem Spioch, jak go zwali znajomi.
- Tego nie wiem, ale niech Ci dobrze służy. Trzymaj się. – po tych słowach Bartek wyciągnął do Kuby rękę.
Zaskoczony świeżo mianowany dyrektor uścisnął prezesowi dłoń i wyszedł. Knox tymczasem włączył komputer i postanowił poszukać sposobu na jak najszybszą sprzedaż domu i auta. Postanowił przy okazji kupić bilet do jakiegoś ciepłego kraju. Nie ważne jakiego, byle wylot był dzisiaj do 21. Musiał też wymyślić co powie Maksowi gdy ten załatwi swoje sprawy i wróci do firmy albo do niego zadzwoni. Czasu było coraz mniej, a spraw do załatwienia jakby z każdą chwilą przybywało. Postanowił jeszcze sprawdzić stan swojego konta, chociaż i bez tego wiedział co tam zobaczy…