Autor Wątek: [Opow.] Dzień z życia PCH.  (Przeczytany 34043 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Miklas

  • PCH Legends
  • *****
  • Wiadomości: 1 170
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #300 dnia: Wrzesień 16, 2009, 20:56:54 pm »
zaraz zaraz, jak to zostałem zastrzelony. tak wcześnie?

pfff. :<
hai tharrr!

Siadły

  • PCHTeam
  • *****
  • Wiadomości: 2 496
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #301 dnia: Wrzesień 16, 2009, 21:12:21 pm »
Wiesz, chociaż tutaj realizują się marzenia teamu (wielki rozwój PCH i zastrzelenie Miklasa...). ;D
www.siadly.com  |

            Szutrem po ryju.

Radek

  • Dłużnik PCH
  • *
  • Wiadomości: 1 120
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #302 dnia: Wrzesień 16, 2009, 21:32:48 pm »
Miklas - powiem więcej... na "dzień dobry".

Miklas

  • PCH Legends
  • *****
  • Wiadomości: 1 170
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #303 dnia: Wrzesień 16, 2009, 21:33:52 pm »
:<
hai tharrr!

Stachu

  • PCHTeam
  • *****
  • Wiadomości: 3 712
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #304 dnia: Wrzesień 16, 2009, 22:26:07 pm »
cmx mam wrazenie ze jesteś fanem Stephena Kinga :D
co do ostatniego opowiadania to jakos mi sie nie podobalo, nic sie wlaściwie nie działo. mam nadzieje ze dalej sie rozręci ;]
a i nie pisz tak małą czcionką bo muszę o ileśtam razy powiększać stronę bo wzrok sie męczy

Knoxville_

  • PCT Forum User
  • Wiadomości: 22
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #305 dnia: Wrzesień 23, 2009, 16:29:29 pm »
Ok straciłem wenę do poprzedniego opowiadania. To będzie stricte pokerowe, więc kto nie gra w niego pojawi się ewentualnie jako celebrity. Zaczynamy z pierwszą częścią 'transmisji'.


KS: Witam państwa z wypełnionej po brzegi sali Mariotta w Warszawie i zapraszam na relację z final table tegorocznego EPT! Nazywam się Kenyon Smith i mam przyjemność ze mną gościć najbardziej utytułowanego zawodowego graczaw pokera i drugiego najmłodszego zwycięzcę World Series of Poker Phila Hellmutha.
PH: Cześć Kenyon, cześć ludzie!
KS: Miło mi siedzieć tu z Tobą, dziękuje w imieniu stacji za przyjęcie zaproszenia.
PH: Przyjemność po mojej stronie.
KS: Ale to nie Ty dzisiaj jesteś główną gwiazdą wieczoru! Przejdźmy do krótkiego przedstawienia graczy, których właściwie nikt nie znał przed tegorocznym EPT, a wygląda na to, że oni znają się doskonale.
PH: Patrząc na ich rozmowy w tej chwili faktycznie można odnieść takie wrażenie. Dziwne, tyle powiem.
KS: Najmniejszą ilość żetonów ma Mateusz ‘sysek’ Mielczarek. 350,000 w żetonach może nie pozwolić mu rozwinąć skrzydeł.
PH: Ósmy jest Szymon ‘Sadza’ Sadowski. 540,000.
KS: Trzeci od końca jest Bartek ‘blesof’ Leśniak. 670,000.
PH: Szósta pozycja należy do jednego z faworytów, Maksymiliana ‘Jiggę’ Woźniaka. 770,000.
KS: Piąty jest Tomasz ‘ariasz’ Czarnecki z taką samą ilością żetonów co Maks.
PH: Czwarty jest zdecydowanie mój ulubiony gracz w tym turnieju, Bartosz ‘knoxiu’ Budnik. Jego chip count to 890,000.
KS: Bardzo ciekawe skąd takie emocje u Phila (śmiech HEHEHE). Razem drugie miejsce zajmują Kuba ‘Śpioch’ Strzelczyk i Damian Paduch, a każdy z nich posiada 1,050,000 w żetonach.
PH: A pierwsze miejsce zajmuje absolutny faworyt i chip leader Przemysław ‘cmx’ Saracen z 1,910,000 w żetonach.
KS: No właśnie Przemek. Jest tu zdecydowanie najdłużej grającym zawodowo pokerzystą. Porównywany często jest on do Dana Harringtona i chyba słusznie, bo sam Saracen lubi tak mówić. Jest on graczem pasywnym, ale jeśli zobaczy jedną słabość potrafi ‘wciągnąć’ żetony przeciwnika. A czemu sam Przemek zainteresował się Texas Hold ‘em?

Przemysław ‘cmx’ Saracen: Czemu gram w pokera? Chciałbym móc opowiedzieć jakąś fantastyczną historię na ten temat, w której z przypadku wygrałem jakieś niewyobrażalne pieniądze, co skłoniło mnie do przejścia na zawodostwo. Alternatywnie, mógłbym też wspomnieć o długoletniej fascynacji, setkach godzin spędzonych w jakichś podłych salonach gier i wygrywaniu dużych sum od reprezentantów półświatka. Nie lubię jednak mijać się z prawdą.

W pokera gram stosunkowo niedługo, a do bliższego zainteresowania się nim był, wybaczcie i nie padnijcie ze śmiechu, film Casino Royale. Pomijając merytoryczną stronę przedstawionej tam rozgrywki, najbardziej przyciągnęły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to matematyka (a także psychologia) - od razu spostrzegłem, że jest to dyscyplina, w której umiejętność dokładnej analizy sytuacji jest najważniejsza, a moje ciągłe pragnienie sprawdzania się w różnych dziedzinach znów dało o sobie znać. Druga to, nie oszukujmy się, pewna elitarność tego sportu. Fakt, karty można kupić w kiosku, a następnie usiąść na ławce w parku i rozpocząć być może bardzo emocjonującą rozgrywkę, ale nie w tym rzecz. Kiedy gram w bilard, mam własny kij, akcesoria, przygotowanie teoretyczne. Kiedy piję piwo, wiem jaki to gatunek, jaka jest jego specyfika, sposób produkcji, historia. Podobnie z grą w pokera - wiedziałem że aby być dobrym graczem, muszę najpierw przygotować się teoretycznie, co sprawi, że od razu będę odróżniał się od rzeszy innych graczy z przypadku.

PH: No to powinien na kolanach dziękować dziś Danielowi Craigowi.
KS: Zdecydowanie. Ulubione książki Przemka to każda publikacja Dana Harringtona i Super Systemy oczywiście.
PH: Nie wie chłop co dobre.
KS: Racja Phil. Nie zaskakuje Cię dość niska pozycja Maksa?
PH: Faktycznie było to dość dziwne, że chip leader przez większość turnieju traci pieniądze na stole półfinałowym. Stack jednak nie jest na tyle mały, aby Jigga miał tu rozpaczać.
KS: Co sądzisz o jego przydomku ‘nowy Hansen’?
PH: Troszeczkę na wyrost chyba jednak. Maks przy Gusie jest spokojny.
KS: Jak oceniasz szanse Damiana i Jakuba? Są w dobrej sytuacji i jeśli nie będą się mylić to możliwe jest nawet zwycięstwo któregoś z nich.
PH: Jeżeli miałbym stawiać pieniądze na któregoś z nich, niewątpliwie byłby to Damian. Strzelczyk jest nieobliczalny. Raz potrafi zaskoczyć świetnym slow playem, żeby w następnej kolejce zagrać jak typowy idiota z Europy.
KS: Może to po prostu taki styl, żeby odwrócić uwagę przeciwników?
PH: Wątpię. Powiedziałbym raczej, że wyskoczył z huśtawki w dobrym momencie i wylądował twardo na nogach.
KS: Ciekawe porównanie. Pierwsze rozdanie na Final Table już za chwilę. Phil Twój faworyt?
PH: Chyba nie zaskoczę nikogo stawiając na mój europejski odpowiednik, Budnika.
KS: Ja sam liczę na heads-up między nim, a... Maksem, na którego stawiam.
PH: To byłoby na pewno ciekawe.
KS: Z pewnością. Teraz krótka przerwa reklamowa i zaczynamy Final Table. Czy dziś poznamy pierwszego przegranego? Przekonamy się za maksymalnie 3 godziny.

REKLAMA DZIDZIDZIWKO.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 23, 2009, 16:31:49 pm wysłana przez Knoxville_ »

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 081
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #306 dnia: Wrzesień 23, 2009, 16:36:35 pm »
WIĘCEJ!

Jigga

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 875
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #307 dnia: Wrzesień 24, 2009, 10:31:00 am »
Jakaś akcja może, bo wstęp wybitnie przydługi, do tego Phil jakiś taki jak nie Phil. Smith? meh. Ale czekam.

Panzerfaust

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 2 703
    • Weedtemple
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #308 dnia: Styczeń 08, 2010, 01:20:12 am »
Ten krótki tekst nie ma nic wspólnego z PCH, jednak to jest najlepszy temat do dawania tekstów/opowiadań. Tytułu (przynajmniej na razie) brak.


...wszedłem do wnętrza kamienicy prosto z tego siarczystego mrozu, który spowił całe miasto swoimi adamantowymi szponami. A wewnątrz kamienicy prawdziwy koncert. Ba, chciałoby się powiedzieć: performance! Grupa awangardowych muzyków, każdy z nich po najbardziej prestiżowych akademiach i szkołach muzycznych, dla niepoznaki przebranych za grupę robotników budowlanych w poplamionych kombinezonach i kaskach ochronnych, dawała właśnie występ za pomocą narzędzi używanych zazwyczaj przy remontach budynków. W ich rękach narzędzia zarezerwowane typowo dla klasy robotniczej, takie jak wiertarki, piły tarczowe, młotki czy młoty pneumatyczne, urosły do rangi instrumentów, godnych konkurować z wiolonczelami, fortepianem czy klarnetem. Niestrudzeni eksperymentatorzy, awangardowi kompozytorzy wyposażeni w rozległą wiedzę zarówno teoretyczną, jak i praktyczną, uszczęśliwiali i odchamiali mieszkańców budynku tworząc symfonię nieregularnych wierceń, powarkiwań, huków, uderzeń i wszelakich hałasów, nawiązując do odważnych poczynań Stockhausena, Cage’a i La Monte Younga. Głębokie drony wierceń przenikały poprzez liczne ściany docierając aż do naszego pokoju, gdzie siedzieliśmy, starając się wytrzymać występ jakże wrażliwych na lęki i oczekiwania wysoce uprzemysłowionego społeczeństwa muzyków. Założenie słuchawek było w tej chwili nie do pomyślenia; oznaczałoby to w tym momencie odrzucenie całej kontrkulturalnej, awangardowej myśli. Oznaczałoby to zaakceptowanie chamstwa i prostactwa, przyznanie się do intelektualnej klęski, której, jako studenci, staraliśmy się za wszelką cenę uniknąć. Słuchaliśmy więc iście industrialowych powarkiwań i hałasów, których nie powstydziliby się Throbbing Gristle czy Sunn O))). Wchłanialiśmy w siebie dany nam przez wspaniałomyślnych absolwentów prestiżowych szkół muzycznych dosadny komentarz na temat naszego współczesnego społeczeństwa zbudowanego z betonu, stali i szkła. Budziliśmy się i zasypialiśmy przy apokaliptycznych warkotach wiertarek i młotów pneumatycznych. By dodać swojemu występowi realizmu, muzycy używali iście robotniczych wiązanek przekleństw; widocznie spędzili sporo czasu obserwując życie proletariatu przy wszelakich budowach i remontach. Swoją rolę odgrywali doskonale. Wszystko sprawiało niesamowicie realistyczne wrażenie. Byliśmy wdzięczni światłym muzykom, łzy leciały nam z oczu podczas gdy herbata w filiżankach drżała pod wpływem nieustępliwych nawicertów prowadzonych na wszystkich piętrach, od parteru po dach. Gdy na wiosnę cały remont się skończył, wybiegliśmy obaj z kamienicy i dopadliśmy ich przy samych furgonetkach, które pożyczyli od jakiejś zaprzyjaźnionej ekipy budowlanej. Podziękowaliśmy im za wprowadzenie kultury w nasze życie w jakże nietuzinkowy, brutalistyczny niemal sposób, po czym wręczyliśmy im naręcza egzotycznych kwiatów, na które wydaliśmy wszystkie nasze pieniądze, łącznie z tymi na jedzenie.  Muzycy byli przygotowani do swojego performance doskonale pod każdym względem: aż do chwili odjazdu zaprzeczali, że są muzykami, twierdząc że po prostu wykonują umowę o dzieło i że zamiast kwiatów przyjęliby raczej flaszkę dobrej wódki. Byliśmy zachwyceni: co za wyczucie! Co za wpasowanie w rolę. Oprócz bycia doskonałymi muzykami ci ludzie okazali się też niesamowitymi aktorami. Powiedzieliśmy im o naszym podziwie i o tym, że jako studenci postaramy się być w życiu przynajmniej w połowie tak dobrzy w tym co robimy jak oni. Z ociąganiem wzięli kwiaty, popatrzyli na siebie dziwnie i pojechali. A my staliśmy jeszcze przez chwilę pośród topniejących śniegów, czując dumę z tego, że jako jedyni z kamienicy doceniliśmy próbę odchamienia grupy prostych mieszkańców i zbliżenia ich do wysokiej kultury. To było nasze zwycięstwo. Padliśmy sobie w objęcia. Łzy szczęścia leciały po naszych policzkach.
« Ostatnia zmiana: Styczeń 08, 2010, 01:26:22 am wysłana przez Panzerfaust »

Jigga

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 875
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #309 dnia: Styczeń 08, 2010, 11:54:23 am »
Za dużo powtórzeń, poza tym przypomina mi trochę Warrena Ellisa : DDD Keep doing the good work.

Panzerfaust

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 2 703
    • Weedtemple
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #310 dnia: Styczeń 08, 2010, 12:55:10 pm »
Dzięki, a tekst może trochę za bardzo powtarzalny, ale to w sumie było napisane zupełnie spontanicznie (po pijaku nawet!) jak czekałem aż ściągnie się jakiś wielki plik i wklejone tutaj bez prawie żadnego przejrzenia. Następnym razem będzie już bardziej ostrożnie i urozmaicenie. :}

Stachu

  • PCHTeam
  • *****
  • Wiadomości: 3 712
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #311 dnia: Styczeń 08, 2010, 15:43:38 pm »
imo tekst niezły :)

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 127
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #312 dnia: Sierpień 26, 2011, 20:36:08 pm »
Po prawie dwóch latach naszło mnie na kontynuację opowiadania. Więc jedziemy z tym... knoxem :}

Untitled.
Rozdział 2: Telefon.

Po kilkudziesięciu minutach Bartek dojechał do Maksa, ale ku swojemu zdziwieniu zastał zamkniętą bramę. Kilkukrotne próby dzwonienia domofonem zakończyły się fiaskiem. Zniechęcony całym tym dniem Bartek postanowił pojechać do domu.

***

Sypialnia z oknem na wschód nie jest złym pomysłem, pod warunkiem, że okna wyposażone są w rolety. Te akurat nie były. Bartkowi to nie przeszkadzało, ale dzisiaj, po długiej i słabo przespanej nocy, poranne promienie słońca były uciążliwe jak nigdy. Całą noc myślał nad wczorajszym dniem. Kim jest tajemniczy nieznajomy w Escalade. Dlaczego ci odważni ludzie, gotowi walczyć z armią za drobne bali się podejść. Dlaczego… za dużo było tych pytań. Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu. Topowy model znanego fińskiego producenta leżał obok łóżka. Widocznie wczoraj zmęczony Knox nie do końca trafił ręką nad szafkę nocną. Po krótkiej chwili zastanowienia sięgnął po telefon. Zastrzeżony numer nie wróżył nic dobrego, ale odebrał.
- Halo?
- Witam. -  odezwał się znajomy gruby głos.
- Kim jesteś?! Czego jeszcze ode mnie chcesz?! – zapytał Bartek.
- Kim jestem? Jestem sercem tego miasta. Jego mózgiem i… portfelem. – odpowiedział nieznajomy.
- Sercem? Mózgiem? Portfelem?! Co za brednie! Za kogo Ty się uważasz, co?
- Uspokój się, bo złość piękności szkodzi. Powiem tak. To nie władze tego miasta nim rządzą, tylko ja. Jestem w stanie sprawić, że bezdomny z dworca stanie się multimilionerem, a właściciel wielkiego koncernu zamieni swoją willę na kawalerkę. Mogę dać komuś nowe życie i mogę mu je odebrać. Jestem takim Bogiem, tylko w ludzkiej postaci.
- Alleluja. – powiedział z przekąsem Knox. Z jednej strony uważał, to co usłyszał za brednie. Z drugiej zaś strony był przestraszony. Chociaż rzeczy wypowiadane przez rozmówce wydawały się irracjonalne, to jednak mówił on je w taki sposób, że trudno było w nie nie uwierzyć. Pewność siebie która emanowała z tego głosu była niesamowita. Wydawało się, że największy osiłek mocno by się zawahał przed atakiem gdyby 150 centymetrowy chudzielec w podobny sposób zagroził mu połamaniem kończyn.
- Powinieneś raczej odpowiedzieć amen. – rozmówca ponownie wybił Knoxa z zamyślenia.
- Załóżmy, że Ci wierzę. Ale czego ode mnie chcesz?
- Od Ciebie? Niczego. Chcę Ciebie. Jak już mówiłem, to ja rządzę tym miastem. Mam swoich ludzi we władzach, w policji, w szkołach, bibliotekach, muzeach, po prostu wszędzie. Każdy kto ma jakąś pozycję w tym mieście ma ją dzięki mnie. Ty jesteś na najlepszej drodze do uzyskania takiej pozycji, a ja mogę Ci w tym pomóc. Albo zaszkodzić.
- Wiesz co? Świetnie sobie radziłem bez Ciebie przez te wszystkie lata i myślę, że dam sobie radę i teraz. Dzięki za propozycję, ale podziękuję. – odpowiedział Bartek starając się, aby brzmiało to tak przekonująco jak się tylko da, co miało na celu zamaskowanie strachu w jego głosie.
- No i znowu się nie zrozumieliśmy… Ja Ci niczego nie proponowałem Bartoszu. Ja stwierdziłem fakt. To nie jest tak, że Ty masz jakiś wybór na zasadzie, albo mi pomoże i szybciej coś osiągnę, albo potrwa to dłużej, ale zrobię to sam. Twój jedyny wybór ma dwie opcje: albo będę mu posłuszny i będę na szczycie, albo stracę wszystko i pójdę na dno. Nie ma wyborów pośrednich. – powiedział tym razem bardzo poważnym tonem głos.
- Ha! Blefujesz! Nikt nie jest w stanie tak kierować życiem drugiego człowieka! – rzekł tym razem ze szczerą pewnością w głosie Knox.
- Czyli mi nie wierzysz?
- Absolutnie! – teraz jego głos był już pozbawiony lęku. Wręcz przeciwnie, dało się w nim wyczuć nutkę tryumfu.
- W takim razie w Twojej firmie czeka na Ciebie niespodzianka. Jeszcze się do Ciebie odezwę. Żegnaj.
- Niespodzianka? Halo? Odezwij się Ty skurczybyku!
Nic to nie dało. W słuchawce zapadła cisza po której pojawił się sygnał oznaczający zakończenie połączenia. Bartek zaskoczony i lekko podenerwowany postanowił zapomnieć o tej rozmowie i przygotować się do pracy. Idąc w kierunku łazienki nie zdążył opuścić pokoju kiedy ponownie zadzwonił telefon. Tym razem na wyświetlaczu pojawił się napis ‘Jigga’. To była ksywa Maksa, której używali jego przyjaciele.
- No co tam stary? Byłem wczoraj u Ciebie i… - zaczął rozmowę Knox, ale nie dokończył zdania gdyż Maks z przerażeniem w głosie mu przerwał.
- Co Ty tak wisisz na telefonie człowieku?! Mamy poważny problem i to nie jest rozmowa na telefon! Przyjeżdżaj jak najszybciej do firmy!
Telefon zamilkł, a Bartkowi natychmiast przypomniała się rozmowa sprzed kilku minut. Zdezorientowany szybko się przebrał, wsiadł do samochodu i pojechał do firmy.

***

Nauczony doświadczeniem dnia poprzedniego Knox ominął autostradę. W efekcie jechał dłużej, ale tym razem dojechał pod firmowy wieżowiec własnym autem. Zaparkował w garażu, gdzie pierwszy raz od dawna nie widział śladów świeżej gumy ze Skyline’a Maksa. To nie wróżyło niczego dobrego. Bartek wszedł do windy i wcisnął przycisk ostatniego piętra. Winda powoli podążała ku górze, przy okazji irytując mocno monotonną melodyjką z głośnika. To kolejna dzisiaj rzecz, która wkurzała Knoxa pierwszy raz, chociaż spotykał się z nią na co dzień od dobrych kilku lat. Kiedy wreszcie dojechał na ostatnie piętro ruszył szybkim krokiem w kierunku gabinetu Jiggi. Otworzył drzwi i jego oczom ukazał się obrazek, którego nigdy się nie spodziewał. Znał swojego wspólnika niemal od zawsze, ale nigdy nie widział go tak bladego i z takim strachem w oczach.
- Co… co się stało?! – zapytał przerażony.
- Pamiętasz wczorajsze rozmowy na temat praw do Grand Theft Auto? – zapytał Maks, a widząc potwierdzające skinienie rozmówcy kontynuował – No więc wczoraj oblewaliśmy ten tytuł. Jak się okazało radość była przedwczesna.
- Co?! Ale jak to?! Przecież podpisaliśmy umowę przedwstępną! Zaklepaliśmy to! Nie mogą się tak wycofać! – krzyknął zdenerwowany Bartek.
- Poczekaj, jeszcze nie skończyłem. Mówisz, że nie mogą? Jak widać jednak mogą. Stwierdzili, że nasza oferta nie była tak dobra jak im się pierwotnie wydawało. Ich prawnik znalazł jakąś lukę, chociaż szczerze mówiąc podejrzewam, że tę lukę umieścił w umowie celowo. W każdym razie umowa jest nieważna, a my nie mamy i tego tytułu.
- I tego? – Zapytał Knox jakby przeczuwając co za chwilę usłyszy.
- Niestety tak. I tego, bo nie mamy też ani Call of Duty, ani Fify, ani NBA, ani Forzy, ani Colina. Stary, nie mamy nic. Jeżeli w ciągu miesiąca nie odzyskamy chociaż połowy z tych tytułów albo nie zastąpimy ich czymś równie popularnym, to zbankrutujemy.
- Jak Ty chcesz w miesiąc znaleźć 3 równie popularne tytuły i jeszcze się dogadać z posiadaczami praw do nich? Przecież to jest nierealne… W ogóle jakim cudem straciliśmy wszystko?! – zapytał Bartek głosem, w którym mieszały się złość, przerażenie i bezradność.
- W zasadzie podobnym. Starzy właściciele przypomnieli sobie o swojej byłej własności, a dziwnym trafem w umowie znajdowały się luki, które umożliwiały im odzyskanie tytułu i to bez żadnego odszkodowania czy zwrotu kosztów dla nas. Zostaliśmy załatwieni. Nie mamy nic. A jeżeli szybko czegoś nie zrobimy, to będziemy mieć jeszcze mniej…
Zapadła niezręczna cisza. Knox poważnie zastanawiał się czy mówić Maksowi o tym z kim i o czym rozmawiał niespełna godzinę wcześniej. W końcu wychodzi na to, że wszystkie nieszczęścia jego firmy są jego winą. Zastanawiał się jednak jak to możliwe, że jeden człowiek w 5 minut potrafi zniszczyć komuś dorobek życia. Mówił, że oddzwoni. Może da się to wszystko odkręcić. Może jeżeli mu się podporządkuje, to przywróci jego firmę do poprzedniego stanu, a nawet sprawi, że będzie jeszcze lepiej. A może należałoby pojechać do tego budynku, który mijał wczoraj wieczorem? W tej chwili tysiące myśli w chaotyczny sposób szalało w jego głowie. Koniec końców, zadecydował, że nie powie o niczym wspólnikowi. Chcąc przerwać to milczenie zapytał:
- Co robimy teraz?
- A bo ja wiem? Próbowałem się kontaktować z naszymi ludźmi w różnych krajach, ale jakby się zmówili. W ogóle nie odbierają. Nie mamy żadnych świeżych kontaktów. Nie wiem czy jesteśmy w stanie cokolwiek zrobić…
- A może spróbujmy pogadać z jakimś prawnikiem. Pokażemy mu umowy. Może okaże się, że jednak nie wszystko stracone!
- To jest jakaś myśl. Spróbujmy.
- Chodźmy od razu! Znam bardzo dobrego prawnika. Stary znajomy. Ma kancelarie na drugim końcu miasta, ale w tamtą stronę autostrada nie powinna się korkować. Powinniśmy szybko dojechać.
- Dobra, ale Ty prowadzisz. Ja nie mam już dzisiaj do niczego głowy…
Jigga wziął z wieszaka swój płaszcz i razem z Bartkiem poszli w kierunku windy. Kiedy do niej dochodzili, w budynku nagle zgasło światło.
- Tylko tego brakowało… - powiedział zrezygnowany Maks.
- To co, idziemy schodami? – zapytał Knox bez nutki zaskoczenia w głosie.
- No to idziemy…

« Ostatnia zmiana: Sierpień 26, 2011, 20:43:49 pm wysłana przez damian »

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 081
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #313 dnia: Sierpień 28, 2011, 15:49:19 pm »
Podoba mi się kierunek, w którym zmierza akcja opowiadania. Ode mnie uwaga - popracuj nieco nad wzbogaceniem zasobu słów i postaraj się wyeliminować sztampowe stwierdzenia.

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 127
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #314 dnia: Sierpień 28, 2011, 17:45:41 pm »
Untitled.
Rozdział 3: Wybór.

Wieżowiec należał do najwyższych w mieście więc zejście do podziemnego garażu zajęło blisko 10 minut. Na dole do wspólników dotarło, że nie zastanowili się nad jednym bardzo istotnym szczegółem. Jak trafić do auta w pomieszczeniu o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych, dodatkowo położonym pod ziemią i pozbawionego naturalnego światła, podczas gdy sztucznego po prostu nie było. Próby wykorzystania telefonów komórkowych jako latarek nie dały pozytywnych rezultatów. Maks postanowił nawet poświęcić swoją bezcenną zapalniczkę – tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego jest dla niego bezcenna – i użyć jej w charakterze mikro pochodni, jednak i to nic nie dało.
- Plebejskie Volskwageny mają opcję oświetlania drogi włączaną pilotem, a moje Bugatti za miliony euro tego nie ma. Przypomnij mi jak to się skończy, żebym kupił Passata. – powiedział Bartek chcąc trochę rozluźnić atmosferę, ale z marnym skutkiem, ponieważ Jigga nic nie odpowiedział ani nawet nie zmienił się jego wyraz twarzy. Knoxiu więc kontynuował – Chyba musimy iść do jakiegoś zarządcy budynku. On powinien mieć taki cuda jak latarka.
Ruszyli w milczeniu na pierwsze piętro gdzie zarządca miał swoje, nazwijmy to umownie, biuro. Bartek w zasadzie wcale nie musiał chwytać za klamkę, bo i tak był niemal pewny, że drzwi będą zamknięte. Nie pomylił się.
- Dobra, poddaję się. Jedziemy taksówką. – przerwał ciszę Knox.
- Wiesz co? Coś sobie przypomniałem. Jedź sam do tego swojego prawnika, a ja muszę coś jeszcze załatwić na mieście. Jak już będę wolny to do Ciebie zadzwonię i najwyżej dojadę. – odpowiedział Maks i nie czekając na reakcję kolegi wyszedł z budynku.
Bartek lekko zdezorientowany wyszedł chwilę później i ruszył w kierunku centrum. Pod budynkiem jego firmy był postój taksówek, ale nie podejrzewał żeby w tej sytuacji zastał tam jakiegokolwiek kierowcę w swoim Mercedesie klasy E czytającego wiadomości sportowe z wczorajszej gazety i czekającego, aż wreszcie ktoś każe mu stąd odjechać w obojętnym dla niego kierunku. Prawdę mówiąc to mało kto korzystał tutaj z taksówek i ich właściciele nie cieszyli się zbytnio z perspektywy pracy w tej części miasta. Zwykle na postoju przez cały dzień stały te same auta. Ale zwykle działał też prąd, a firmy nie bankrutowały w 5 minut. Po przejściu kolejnej już, niemal niczym nie różniącej się od poprzednich przecznicy, Knox zdał sobie sprawę, że od lat nie pokonał pieszo więcej niż około 300 metrów, które dzieliły jego willę od sklepu. Po mieście w ogóle nie chodził, ponieważ szkoda mu było czasu, a w jego fachu czas to przecież pieniądz. Pewnie rozmyślałby tak i całą drogę, ale dźwięk dzwonka telefonicznego zmusił go do powrotu do rzeczywistości. Chociaż wiedział, że nie było to możliwe, aby Jigga załatwił jakąkolwiek sprawę w tak krótkim czasie, to miał nadzieję, że to jego numer pojawi się na wyświetlaczu, ale zamiast tego zobaczył tylko napis ‘zastrzeżony’. Bartek niechętnie odebrał:
- Słucham?
- No witam. Widzę, że postanowiłeś się przespacerować. To się chwali! Chociaż nie popieram tych ekologów, to widzę, że dbasz o środowisko. Nie żeby mi to przeszkadzało. Swoją drogą, to myślę, że powinieneś wiedzieć, że taksówkarzy spod budynku nie odwoływałem. – odpowiedział tajemniczy głos, w którym dało się wyczuć rozbawienie.
- Bardzo śmieszne. Ok., udowodniłeś mi, że nie żartowałeś. Wierzę Ci! A teraz to odkręć!
- Myślisz, że to takie łatwe? Masz rację. Mógłbym kiwnąć palcem i razem ze swoim wspólnikiem moglibyście pić jeszcze dzisiaj szampana. Ale nie zrobię tego. Nie wierzyłeś mi. Wystawiłeś mnie na próbę, a teraz chcesz żebym ot tak Ci wszystko oddał?
- To co mam zrobić? Czego Ty ode mnie chcesz?!
- Myślałem, że mamy to już za sobą. Chciałem Ciebie, ale już nie mam pewności czy chcę. Spadasz w hierarchii tego miasta i nie wiem czy opłaca mi się Ciebie ratować. Przy okazji, Twój znajomy prawnik leci w tej chwili na Malediwy. Tak całkiem przypadkiem dotarł dzisiaj do niego list z biletem na popołudniowy lot. Ach ta poczta, tydzień opóźnienia. No ale chłopak szybko się pakuje…
- To skoro mnie nie potrzebujesz, to po co mi to robisz?!
- Ja? Sam to sobie zrobiłeś. Nie pozbawię Cię życia, bo nie jestem mordercą, ale mogę Cię pozbawić wszystkiego innego. Kto jak kto, ale biznesmen i to z sukcesami powinien na przykład wiedzieć, że trzymanie wszystkich oszczędności na jednym koncie, w jednym banku nie jest zbyt rozsądnym rozwiązaniem. Może mieć miejsce jakaś awaria systemu i co wtedy? – w tym momencie dało się usłyszeć zniekształcone mechaniczne ‘piknięcie’ – Oj. No i wykrakałem.
Bartek zalał się zimnym potem. Wiedział, że jego rozmówca nie żartuje, a to oznaczało, że właśnie w tej chwili stracił wszystkie pieniądze na jakie pracował przez ostatnie lata. Utrzymanie wielkiej willi czy samochodu który pali średnio 40 litrów na setkę było delikatnie mówiąc kosztowne. Jedyne co teraz mógł zrobić, to błagać:
- Nie! Proszę, nie!
- Teraz jest już za późno. Ale powiedziałem Ci wczoraj na parkingu, że lubię ludzi z jajami. Dlatego nie puszczę Cię z niczym. Mówiłem już, że całe to miasto w zasadzie funkcjonuje dzięki mnie i jest ode mnie zależne. Nie znajdziesz więc nigdzie pomocy. Daję Ci czas do wieczora. Sprzedaj swoją willę, sprzedaj Mercedesa. Bugatti zostaw, bo przyda mi się do kolekcji. Kilka milionów za to wyciągniesz. Wystarczy na kupno jakiegoś niezłego domu i auta zagranicą. Skoro tutaj sobie poradziłeś, to i tam dasz radę. Jeżeli o 21 będziesz jeszcze w mieście, to stracisz wszystko. Nie interesuje mnie gdzie znikniesz. Kup sobie bilet w jedną stronę i zapomnij o tym mieście. Zmień numer telefonu. Po prostu zniknij stąd.
- Ale nie mogę! Tu mam firmę, rodzinę, znajomych!
- Masz czas do 21. – powiedział głos, po czym w słuchawce zapadła cisza przerwana sygnałem kończącym połączenie.
- kur**a! – krzyknął Bartek tak głośno, że ludzie w promieniu pięćdziesięciu metrów obejrzeli się w jego stronę.
Nie tak miał wyglądać ten dzień. Ta ostatnia rozmowa zabiła w Knoxiu resztki nadziei, że to wszystko uda się jeszcze odkręcić. Że pojedzie do prawnika, a ten znajdzie w umowach coś, co uniemożliwi ich rozwiązanie. Albo, że ostatecznie odda się do dyspozycji tego tajemniczego rozmówcy i wszystko będzie jak dawniej, z tą tylko różnicą, że pierwszy raz w życiu będzie miał jakiegoś szefa. Nie tym razem. Nie pozostawało mu nic innego jak tylko zniknąć. Zrezygnowany zawrócił w kierunku (jeszcze) swojego wieżowca i ruszył w jego stronę.

***

Gdy dotarł pod budynek włączono już prąd. Ludzie zachowywali się jakby nic się nie działo. Nikt nie był świadom wydarzeń ostatniej doby. Pracownicy kłaniali się Bartkowi i uśmiechali do niego. Jedni robili to szczerze, a inni wyraźnie się do tego zmuszali. Jedną z jego ulubionych rozrywek w pochmurne dni w biurze było wymyślanie pretekstów dla wywalenia tych drugich z pracy. Oczywiście nigdy nikogo z nich nie zwolnił, ale poczucie wyższości i władzy najwyraźniej go odprężało. Teraz pomyślał jak bardzo będzie mu ich brakowało. Wszedł do windy i ruszył na ostatnie piętro. Kiedy tam dojechał wszedł do swojego gabinetu. To sporych rozmiarów pomieszczenie mimo, że zdominowane przez zimne barwy, teraz wydawało się takie ciepłe. Pragnął tu zostać i nie ruszać się z niego choćby i rok, ale było już za późno. Podszedł do ogromnego okna zajmującego całą ścianę i spojrzał ostatni raz na miasto z tej perspektywy. W oddali jego wzrok przykuł gigantyczny budynek z napisem PCH. Jeszcze wczoraj planował tam iść, a teraz? Teraz nie miało to już sensu. W nagłym odruchu sięgnął po leżące na biurku kartkę formatu A4 oraz długopis. Przez dłuższą chwilę coś pisał, po czym złożył kartkę na cztery i wsadził do szuflady starając się upchnąć ją bliżej dna. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę wejść. – nakazał Bartek.
Do gabinetu wszedł przeciętnego wzrostu mężczyzna o blond włosach. Ubrany był w garnitur i wyglądające na mocno znoszone pantofle. OD razu rzucało się w oczy, że było to raczej stare ubranie i właściciel nie zagląda do najlepszych butików w mieście.
- Dzień dobry… - powiedział niepewnie mężczyzna.
- W czym mogę pomóc?
- Panie prezesie… o ile oczywiście mogę tak do Pana mówić…
- Tak, oczywiście. Widzę, że musiał Pan rozmawiać w ostatnim czasie z Maksem – lekko się uśmiechając odpowiedział Knox.
- No więc Panie prezesie, mam na imię Kuba. Wczoraj zostałem awansowany przez Pana Maksymiliana na stanowisko prez… to znaczy dyrektora do spraw sprzedaży. Przez całą noc myślałem jak można zwiększyć jeszcze popyt na nasze produkty i chciałbym Panu przedstawić swoją wizję.
- Niestety nie będę miał na to czasu, ponieważ muszę służbowo wyjechać. Przyjdź z tym do Maksa kiedy wróci.
- Dobrze. Przepraszam, że Panu przeszkodziłem.
- Nie ma sprawy.
- Do widzenia. – powiedział Kuba i już wychodził z pomieszczenia, kiedy Bartek zawołał:
- Zaczekaj! Jesteś dyrektorem, tak? A dostałeś już telefon służbowy?
- Nie. To dyrektorzy mają telefony służbowe?
- Oczywiście. Masz. – powiedział Knox wręczając podwładnemu swój osobisty telefon.
- Ten telefon jest chyba droższy niż moje mieszkanie! – powiedział z zachwytem Spioch, jak go zwali znajomi.
- Tego nie wiem, ale niech Ci dobrze służy. Trzymaj się. – po tych słowach Bartek wyciągnął do Kuby rękę.
Zaskoczony świeżo mianowany dyrektor uścisnął prezesowi dłoń i wyszedł. Knox tymczasem włączył komputer i postanowił poszukać sposobu na jak najszybszą sprzedaż domu i auta. Postanowił przy okazji kupić bilet do jakiegoś ciepłego kraju. Nie ważne jakiego, byle wylot był dzisiaj do 21. Musiał też wymyślić co powie Maksowi gdy ten załatwi swoje sprawy i wróci do firmy albo do niego zadzwoni. Czasu było coraz mniej, a spraw do załatwienia jakby z każdą chwilą przybywało. Postanowił jeszcze sprawdzić stan swojego konta, chociaż i bez tego wiedział co tam zobaczy…