Autor Wątek: [Opow.] Dzień z życia PCH.  (Przeczytany 34044 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Marf

  • Dłużnik PCH
  • *
  • Wiadomości: 1 032
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #285 dnia: Wrzesień 03, 2008, 19:15:09 pm »
Jasiu, to na niby! :<

-----------------

Stachu

  • PCHTeam
  • *****
  • Wiadomości: 3 712
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #286 dnia: Wrzesień 03, 2008, 19:26:27 pm »
poprzednie było lepsze :P

Jant

  • PCT Forum User
  • Wiadomości: 653
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #287 dnia: Wrzesień 04, 2008, 10:34:55 am »
Dobre, bo ja jestem!

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 127
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #288 dnia: Wrzesień 13, 2009, 17:13:52 pm »
Untitled.
Wstęp.

- Znowu te korki – mówił do siebie Bartek stojąc w kilkukilometrowym korku na autostradzie. Duże natężenie ruchu nie było jego sprzymierzeńcem, ponieważ jego Bugatti Veyron z natury spalało dużo paliwa, w takich warunkach groziła mu więc katastrofa w postaci pustego baku. Nie mógł sobie na to pozwolić. W końcu jechał na ważne biznesowe spotkanie. Jego firma za pół godziny miała przejąć wszelkie prawa do tytułu Grand Theft Auto, co przy posiadanych już prawach do gier serii FIFA, NBA, Call of Duty, Colin McRae oraz Forza, pozwoliłoby mu zostać światowym potentatem na rynku. Z rozmyślań, jak to będzie kiedy cały świat będzie grał w jego tytuły, wyrwał go dźwięk motocykla. Szybko otworzył drzwi swojego auta i wyskoczył przed same koła dwukołowca.
- Ile? – zapytał zdezorientowanego motocyklistę.
- Ile za ten motor? – ponowił, tym razem uzupełniając pytanie o istotne szczegóły.
- Ten motocykl jest dla mnie bezcenny. To mój pierwszy pojazd mechaniczny, w dodatku dostałem go od brata. Nie jest na sprzedaż. – odpowiedział.
- Wszystko jest na sprzedaż. – Powiedział Bartek szyderczo się uśmiechając, po czym wyciągnął portfel, a z niego plik banknotów. Na oko była to suma pięciocyfrowa, w każdym razie na pewno kilkakrotnie przewyższająca wartość motocykla.
- Za drobną dopłatą dorzucę kask – powiedział wyraźnie uradowany motocyklista.
Bartek wsiadł na swój nowy nabytek i ruszył pomiędzy autami, w kierunku wyłaniającego się zza horyzontu wieżowca.  Nie minęło 20 minut, kiedy podjechał pod budynek.
- Gdzie Ty się kur**a podziewałeś?! – zapytał ze szczerą złością w głosie Maks.
- Zaraz podpisujemy umowę życia, która ustawi nas, nasze rodziny i nasze kochanki na kilkadziesiąt lat, a Ty się spóźniasz?! – kontynuował.
- Wyluzuj. – rzucił bez żadnej emocji Bartek.
W milczeniu obaj weszli do budynku. Wjechali windą na ostatnie piętro, po czym zniknęli za wielkimi drzwiami. Wszyscy pracownicy z niecierpliwością czekali na efekt rozmów.

Po 30 minutach drzwi otworzyły się, a z nich wyłonił się Maks i beznamiętnie powiedział:
- Panie i Panowie, mamy ten tytuł. A teraz zapierdalać, bo nie płacimy Wam za stanie pod drzwiami!
Wyraźnie zmieszani pracownicy szybko ruszyli w kierunku wind i schodów. Wszyscy, poza jednym.
Zaskoczony Maks podszedł do owego pracownika, zmierzył go wzrokiem i zapytał:
- Jak Cię zwą?
- Kuba Panie prezesie… - powiedział nieśmiało pracownik.
- Prezesie? To jest stanowisko dla plebsu. Ja jestem tu szefem szefów. Mogę każdego wyjebać i każdego przyjąć. Mogę wszystko. W ogóle czego Ty chcesz?
- Bo ja… ja chciałbym prosić o podwyżkę. – drżącym głosem wydusił z siebie Kuba.
- Ty śmiesz mnie prosić o podwyżkę?! – zapytał Maks głosem, który wywołał dreszcze u przerażonego pracownika.
Kuba nic nie odpowiedział, tylko głośno przełknął ślinę.
- Podobasz mi się. Jak już mówiłem, prezes to stanowisko dla plebsu. Nadasz się.
Na te słowa oczy Kuby rozbłysły jak ‘miliony monet’. Chciał z radości rzucić się Maksowi w ramiona, ale wiedział, że gdyby to zrobił, prawdopodobnie 10 sekund później leciałby ze 120 piętra wieżowca. Jedyne co był w stanie powiedzieć, to:
- Dziękuję, wreszcie będę miał na nowego Xboxa.
Maks uśmiechając się pod nosem poszedł do swojego gabinetu, wyciągnął notes i w linijce ‘dobry uczynek: pomóc plebsowi’ zaznaczył krzyżykiem pole ‘wykonane’. Zamknął notes i rozłożył się na swoim wielkim fotelu. W relaksie przeszkodził mu dźwięk dzwoniącego telefonu’
- Słucham?
- Panie Maksymilianie, dzwoni Pańska żona. – oznajmiła sekretarka przyjemnym kobiecym głosem.
- Powiedz jej, że mnie nie ma. W ogóle czemu tak oficjalnie? Wczoraj wieczorem nie przeszkadzało mi jak krzyczałaś moje imię.
- Dobrze Pa… to znaczy misiaczku.
- Cieszę się, że się rozumiemy.
Rozmowę przerwał odgłos otwieranych drzwi. To był Bartek.
- Podwieziesz mnie na autostradę? Zostawiłem tam moje auto…
- Spoko. Tylko wezmę płaszcz. – powiedział Maks, po czym zdjął z wieszaka płaszcz, założył go i razem z Bartkiem udał się do windy.
Obaj zjechali do podziemnego parkingu, gdzie stał Nissan Skyline r33. Nawierzchnia parkingu była mocno zużyta. Dziesiątki kilogramów gumy na całej powierzchni sugerowało, że Maks lubił się bawić nie tylko ze swoją sekretarką, ale też z autem.
- Tylko wytrzep buty, nie chcę kupować trzeciego auta w tym miesiącu, bo jakiś kretyn zabrudzi mi tapicerkę.
- Jak Ty możesz jeździć samochodem z kierownicą po prawej stronie? – zapytał Bartek.
- To się nazywa skill. – odpowiedział Maks ruszając z piskiem i szykując się do wejścia poślizgiem pomiędzy filary.
Kilka poślizgów później, kiedy kolor twarzy Bartka bliższy był niebu niż Maksowi, Nissan znalazł się na drodze...

Stachu

  • PCHTeam
  • *****
  • Wiadomości: 3 712
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #289 dnia: Wrzesień 13, 2009, 18:01:59 pm »
no dalej dalej! xD

Jigga

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 875
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #290 dnia: Wrzesień 13, 2009, 19:30:53 pm »
Mnie się podoba. Czekam!

Maurycy815

  • Gość
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #291 dnia: Wrzesień 13, 2009, 20:01:28 pm »
Hahaha  ;D ;D ;D
Ja tez czekam :D

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 081
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #292 dnia: Wrzesień 13, 2009, 20:45:59 pm »
Całe forum pisze opowiadania! Postanowiłem nawiązać do serii Panzera.

Nowe przygody PCH
Część pierwsza, w której spotykamy paru znanych już bohaterów i - co najważniejsze - dowiadujemy się, a w każdym razie mamy nadzieję - że korporacja PCH wciąż jednak funkcjonuje, choć jakby na mniejszą skalę.

Tego dnia słońce świeciło bardzo mocno, nawet jak na polski sierpień. Po niebie leniwie przesuwały się pojedyncze białe chmurki, nie dające nadziei na chwilę wytchnienia przemęczonym skwarem przechodniom. Samochody toczyły się ślimaczym tempem po głównych ulicach miasta. Kierowcy tych wyposażonych w klimatyzację błogosławili ów dar niebios, jak o nim myśleli w tym momencie, spoglądając z szyderczą wyższością na tanie jeździdełka z maksymalnie opuszczonymi szybami. Był to piątek, co tłumaczyło obraz miasta, sprawiającego wrażenie, jakby wszyscy jego mieszkańcy przekroczyli już granicę przepracowania i jedyne co im pozostało to leniwe wyczekiwanie na rozpoczęcie faktycznego weekendu.

I nagle, całkowicie niespodziewanie, ów statyczny obrazek brutalnie naruszył huk wystrzału. Przechodnie obejrzeli się, większość z umiarkowanym zaciekawieniem na twarzy - niewielu słyszało jak brzmi huk pistoletu o kalibrze dziewięciu milimetrów, poza efekciarskimi dźwiękami z tanich seriali sensacyjnych. Większość zapewne uznała ten dźwięk za wybuch petardy, rzuconej przez jakiegoś durnego gówniarza, choć ten czy ów rozejrzał się niespokojnie, zanim ruszył dalej w tylko sobie znanym celu.

- kur**a! - krzyknął Maksymilian, po raz kolejny w tym tygodniu zapominając, że uzgodnił z psychoanalitykiem program wyeliminowania przekleństw ze swojego słownika. - Co wy robicie, debile skończeni?!
Przemek i kolejny Maksymilian, w środowisku znany jako Jigga, spojrzeli po sobie, następnie na leżącą na ziemi Berettę 93R, by po chwili przenieść wzrok na niepsodziewanie dużą dziurę w suficie, z której po chwili odpadł jeszcze spory kawałek tynku.
- Saracen, co do ch**a? - spytał inteligentnie Jigga, z wciąż wyciągniętą do przodu ręką, rzucając spojrzenie na swój pistolet, leżący na podłodze.
- Mmm, no, jakoś krzywo mi się złapało - odparł Przemek z dość głupawą miną, także trzymając wyciągnięta prawą rękę, tuż nad leżącym na ziemi pistoletem.
- kur**a, Was już do końca popier****iło? - wciąż klął Maks, dla przyjaciół Emka. - Co wy tu w ogóle robicie?
- No obejrzeć sobie chciałem, ojejku. Nic się nie stało, nie? - Przemek najwyraźniej rzeczywiście nie przejął się tym, że przed chwilą z podłogi wypaliła odbezpieczona broń i wyraźnie dawał do zrozumienia, że należy przejść do porządku dziennego nad tym nic nie znaczącym epizodem.
- Kur... Ehm. - tym razem Emka się powstrzymał, mimo iż jego twarz mówiła, że jego wściekłość wciąż narasta. - Nie wydaje ci się że ktoś mógł usłyszeć strzały w centrum miasta? Że niedlugo pojawia sie tu mili panowie w niebieskim?
Przemek otworzył usta, ale zanim umysł podpowiedział mu, co powinien rzec, odezwał się Jigga.
- No to co, ja będę spadał, bo ten... - urwał na chwilę by podnieść i zabezpieczyć broń. - Bo... wiecie, umówiony jestem - ironiczny uśmieszek i ton głosu zdradzały, wyraźnie że, politycznie ujmując, Maks mija się z prawdą. - No, właśnie. Umówiony jestem na ten. Wiecie, test w Mensie! No, właśnie, test w Mensie. No, to idę, na razie trzymajcie się pa, pa! - powiedział z obleśnym uświechem, mówiącym "teraz sobie radźcie frajerzy", po czym wyszedł z biura.

Przemek rzucił jeszcze jedno spojrzenie na dziurę w suficie, następnie wzruszył ramionami. Chciał chyba powiedzieć, coś w stylu "Nie ma sprawy, to się zaszpachluje i będzie jak nowe", ale chyba zrezygnował. Wyjął z kieszeni telefon, który służył mu jak zegarek, zerknął na niego, po czym schował do kieszeni. Po chwili wyciągnął go znowu, jako że najprawdopodobniej jego mózg nie zarejestrował godziny, którą przed chwilą odczytał.
- W sumie to ja idę do Kartonu. - powiedział szybko, po czym podszedł do swojego biurka i zaczął pospiesznie zbierać swoje rzeczy.
- Gdzie kur**a? - spytał Emka, po raz kolejny tracąc nad sobą panowanie. - W godzinach pracy? Ile dziś wymodelowałeś?
- Dużo, ale nie pokażę bo mnie stresujesz. Poza tym jestem pe - o prezesa, więc... - powiedział zbierając się do wyjścia. - No, to do później albo do jutra, albo coś tam.
- Jesteś czym? - Emkę aż zatkało, ale zanim zdążył dodać coś więcej, trzasnęły drzwi. Stał jeszcze przez chwilę w bezruchu w tym samym miejscu, po czym westchnął ciężko, opuścił ręce - zdał sobie sprawę że z nerwów bezwiednie napiął ich mięśnie, po czym pomyślał... Tym razem nie powiedział, lecz pomyślał "kur**a".
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 13, 2009, 20:50:48 pm wysłana przez MANBEARPIG »

Knoxville_

  • PCT Forum User
  • Wiadomości: 22
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #293 dnia: Wrzesień 13, 2009, 21:17:54 pm »
Nad tytułem myślę. To dosyć mocny wstęp i daleko do zawiązania akcji.

   Dzień nie należał do najpiękniejszych, powiem więcej, był straszny. Przejmujące zimno, które nadeszło nagle, jak zawsze zaskoczyło drogowców, sprawiało, że ludzie biegli po chodnikach do domu. Miasto zaczynało przypominać wymarłe, a sama ulica Kartonowa była właściwie pusta. No właśnie, właściwie. Pod ścianą pubu ‘GTA Review’ stał mężczyzna w czarnych spodniach, tego samego koloru płaszczu i identycznych barwą rękawiczkach ze skóry. Spokojnie spojrzał na swoje srebrne Seiko błyszczące na lewym nadgarstku. Drugą ręką sięgnął do prawej kieszeni po paczkę Lucky Strike’ów i Zippo. Wyjął i odpalił papierosa nie spuszczając wzroku z zegarka. 12:15. Zaciągnął się mocno, wypuścił dym nosem kiwając równocześnie głową.
   -Jak zwykle, kur**a, spóźniony. – rzucił sam do siebie strzepując dym z papierosa.
   Poznajcie Bartka. Jest to średniego wzrostu dwudziestolatek bez szczególnych cech. Mimo tak młodego wieku znają go praktycznie w całym mieście. Nienawidzi go ponad ¾ ze znających go ludzi. Uchodzi za kanciarza i oszusta. On uważa, że po prostu ma szczęście w życiu. Wszedł w biznes, wydawałoby się, zupełnie nieopłacalny. Zaciągając olbrzymi kredyt z pomocą rodziców wykupił Lecha Poznań za śmieszne pieniądze. Za resztę kupił zawodników i drużyna z Pyrlandii wylądowała w finale Pucharu Europy wygrywając tam z Sevillą. ‘Miałem szczęście’ - skwitował Bartek. Sprzedał klub parokrotnie drożej niż kupił, przez co cała Polska piłka ruszyła z miejsca kłusem. W tym wszystkim pozostał mocno anonimowy. Lubi grać w pokera, ale ostatnio jedna z osób pożyczających pieniądze od niego przy stole dość mocno przeciągnęła termin spłaty. W tym celu oczekuje pod pubem na człowieka, z którym właściwie wymyślił do spółki wszystko powyższe, Maksymiliana, znanego jako Pan Jiggerski.
   Jest to człowiek ogromny, siejący strach gdzie się nie pojawi. O nim samym raczej się nie mówi w pubach, tudzież na ulicach. Ludzie się po prostu boją. Szczególnie od kiedy, znany z wybuchów wielkiej agresji Max, wszedł w branżę zbrojeniową. Uzbrajał każdego bandziora w mieście. Był monopolistą. W tym wszystkim pomagał mu, a raczej współwłaścicielem był właśnie Bartek. On starał się szukać rynku zbytu w polskiej armii, zaś Jiggerski w armii izraelskiej. Ich pozycja w mieście była na tyle mocna, że właściwie nie musieli się o nic bać. Bartosz, mimo całej skierowanej w niego nienawiści, mógł spać spokojnie, bo jedyne osoby, które są dla niego groźne, są przez niego ‘karmione’. Ściągać długi mogli również bez obstawy.
   Na ulicy Kartonowej, gdzie Bartosz Knox kończył papierosa rozległ się dźwięk przypominający jadący traktor. W zakręt z ulicy Wiosennej wpadł z piskiem opon Golf Cabrio. Nie był on w stanie przypominającym samochód. Bartek nieznacznie pokiwał głową:
   -Chociaż klamkę wstawiłeś – rzucił otwierając drzwi.
   -Zamknij japę i się ładuj – odparł na powitanie Maks i ruszył z piskiem opon zanim Bartek domknął drzwi.
   -Czy Ty nie możesz kupić nowego samochodu? Przecież ja widzę pode mną asfalt.
   -Jakby pier****i mnie Twoje zdanie? Kocham to auto i będę nim jeździć.
   -No to świetnie, ale mógłbyś wreszcie je, kur**a, wyremontować? Zera się w wydrukach nie mieszczą, a Ty toczysz się rozj****ym Cabrio.
   -Whatever. Sprawdź torbę.
Knox kiwnął głową i obrócił się sięgając po czarną torbę. Podnosząc ją usłyszał dźwięk metalu, na co uśmiechnął się szczerze. Rozpiął spokojnie torbę i wyjął z niej dwa nowe Desert Eagle, Spaza oraz M4.
   -Na ch** Ci te flinty? Jedziemy tylko po hajs.
   -Z boku masz kamerę. Nagramy nowego Scarface’a. W drugiej torby są granaty.
   -Pojebało Cię?
   -Nope.
   -No jak tam chcesz. Tylko to Ty będziesz tłumaczył to Damianowi i Przemkowi.
Damian był zdolnym prawnikiem. Kancelarię założyła mu właściwie ta dwójka, w zamian za co pomagał on im w sądzie. Odpowiadało mu to, bo na początku sprawy były proste, a zarobek był duży. Kiedy zrobiło się goręcej dwójka przyjaciół wpadła na pomysł, że przyda się ktoś w policji. W ten sposób ich kumpel Przemek stał się szefem Polskiej policji. Właściwie jedyne co robił w pracy, to 2 godziny uprawiał farmę na facebooku, a całą robotę zrzucał na swojego zastępcę, Ariasza. Chłop miał ciężkie życie. Wracając do auta:
   -Kto tym razem swoją drogą? – spytał Maks.
   -Wyobraź sobie, że nasz stary znajomy Kuba.
   -Uuuu wpier****ił się w dług. Ej no, znamy go, gra na lajwie, może mu odpuścimy – Maks spojrzał na Bartka i równocześnie wybuchli śmiechem.
Po paru minutach Maks zaparkował Golfa przy ulicy /b/.
   -Wygląda na to, ze sami zobaczą co chcesz odpier****ić – powiedział Knox pokazując zaparkowane Vectre i concept car Fiata przed małym zielonym domem.
   -Przynajmniej zobaczą jakie to rozrywkowe – rzucił Maks ładując nabój do granatnika śmiejąc się szyderczo.

damian

  • PCH Friends
  • *****
  • Wiadomości: 127
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #294 dnia: Wrzesień 13, 2009, 21:58:43 pm »
Untitled.
Rozdział 1: Parking.

Po około 20 minutach Maks i Bartek dojechali na miejsce. Ku zdziwieniu Bartka, w miejscu gdzie jeszcze niedawno stał jego Bugatti Veyron, teraz zaparkowany był Fiat Cinquacento. Zmieszany Knox, bo tak na niego mówili znajomi, zdołał tylko wydusić:
- Stary, gdzie jest moja bryka?
Maks, jednocześnie współczując koledze i powstrzymując się od eksplozji śmiechu, odparł:
- Może policja go zabrała?
- Tak? I zostawiła tą… tą puszkę na kołach?
- Nie wiem, ale może ta kartka przybliży nas do odpowiedzi na to pytanie – powiedział Maks wskazując na karteczkę za wycieraczką, którą właśnie zauważył.
Bartek wziął kawałek papieru do ręki i odczytał tyleż zaskakujący, co niepokojący napis ‘Chcesz odzyskać auto? Przyjedź na miejski parking o 20. Sam.’
- I co teraz? – zapytał ze szczerym przerażeniem Knox.
- Masz przej****e. – odparł Maks, po czym dodał:
- Jak chcesz, to zbierzemy ekipę i spróbujemy odzyskać Twój samochód. A na razie… podwieźć Cię, czy wolisz jechać puszką?
- Nie wkur**iaj mnie. – powiedział Bartek wsiadając do Skyline’a.
- O jakiej ekipie mówiłeś? – zapytał po kilku minutach podróży.
- Starzy znajomi, z czasów nocnych imprez w klubie ‘karton’. Powiedzmy, że nie powodzi im się najlepiej, więc za trochę grosza zrobią absolutnie wszystko.
- Jakieś szczegóły?
- Jednego zwą Madafaka. Niespełniony grafik. Był dobry, ale w tym fachu to za mało. Chciałby godnie żyć, ale nadal jeździ Audi a4, które kupił 15 lat temu. Drugi, to Kamil. Koleś z dobrej rodziny, miał takie podwórko, że uczyłem się na nim driftu. Szukał chłopak wrażeń, przegrał wszystko w kasynie i teraz próbuje się odbić od dna. Innymi słowy, nie ma już czego przegrywać, więc potrzebuje gotówki. Trzeci to Mateusz. Przyjechał z Rosji, straszny alkoholik. Cierpiał przez kobiety, smutki topił w wódce i zamiast ustatkować się w Polsce, nocuje po dworcach. Kolejny to…
- Dużo ich jeszcze?
- Kilku…
- To mi wystarczy. Zbieraj ich. – powiedział Bartek, po czym wysiadł z samochodu i poszedł w kierunku swojej 3 piętrowej willi.

Była już 19, kiedy Knox podjechał pod skromny, 200 metrowy apartament Maksa swoim Mercedesem SLR. Po kilku nieudanych próbach dodzwonienia się do kolegi, postanowił wejść do środka. Było pusto, więc poszedł na balkon. Tam, ku swojemu zdziwieniu, zobaczył go pływającego w basenie z dwiema kobietami.
- Co Ty kur**a odpierdalasz? – krzyczał Bartek – Za godzinę mamy być na parkingu!
- Nie powiedziałem, że pojadę tam z Tobą. – odparł Maks – Zadzwoniłem po chłopaków, będą czekać przy głównej ulicy.
Knox machnął tylko ręką i wrócił do auta. Odpalił silnik, ustawił w radiu stację nadającą rap, wrzucił pierwszy bieg i ruszył. Przebijał się przez uśpione ulice miasta myśląc jak ma odbić swój samochód, skoro nawet nie widział na oczy ludzi, którzy mają mu pomóc, nie wspominając już o działaniu bez jakiegokolwiek planu. Po 40 minutach dotarł do głównej ulicy, gdzie w czarnej Wołdze czekali wynajęci ludzie.
- Witaj! – wykrzyczał łamaną polszczyzną jeden z nich.
- Domyślam się, że jesteś Mateusz…
- Kak Ty zgadł?!
- Miałem szczęście… - odparł Bartek i już chciał kontynuować, kiedy wtrącił się drugi z typów.
- Pewnie zastanawiasz się jak to zrobimy, co? To proste. Idziesz na parking. Jeżeli oddadzą Ci auto, to wjeżdżamy i robimy im rozpier**** za to, że je ukradli. Jeżeli nie oddadzą auta i będą chcieli kasy, to wjeżdżamy i robimy rozpier**** za to, że są zachłanni. Jeżeli nie oddadzą auta i Ci najebią, to wjeżdżamy i robimy rozpier**** za to, że ruszyli naszego człowieka. Jeżeli wjedziemy i dostaniemy wpier****, płacisz podwójnie. Czaisz?
- Ehe… - odpowiedział zaskoczony Knox.
- Ok., już czas. Idź na parking.
Bartek wjechał swoim mercedesem na parking. Zapadał już zmierzch. Na horyzoncie nie było żywej duszy i gdy nasz bohater sądził, że został wystawiony, pojawił się czarny Escalade. Podjechał do Knoxa i pasażer tylnej kanapy uchylił przyciemnioną szybę.
- Zaparkowałeś swoje auto na mojej autostradzie, a to kosztuje. – zabrzmiał stosunkowo gruby głos.
- Kim jesteś? Jeżeli nie chcesz kłopotów, to natychmiast oddawaj mój samochód!
- Kłopotów? Hahaha. – wybuchnął śmiechem tajemniczy osobnik – Ja jestem całymi kłopotami tego pieprzonego miasta.
W tym momencie Bartek rzucił porozumiewawcze spojrzenie w kierunku wynajętych bandziorów, którzy jednak nie kwapili się do wjazdu i zrobienia rozpier****u.
- Miałeś być sam. – powiedział głos, który zdawał się odczytać gest Knoxa – No cóż, widzę, że masz jaja. Lubię takich ludzi, dlatego masz u mnie dzisiaj promocje. Parkowanie gratis. – dodał i rzucił pozłacane kluczyki z logiem Bugatti, kończąc słowami – Do zobaczenia! – i zamykając szybę.
Zdezorientowany Bartek trzymając w ręku klucze obserwował odjeżdżające auto. Jego uwagę przykuła rejestracja ‘W1 PCH’. Intuicja podpowiadała mu, że to musi być ktoś ważny, a w głowie wciąż miał ostatnie słowa nieznajomego. Zastanawiało go też zachowanie ludzi przysłanych przez Maksa, tak pewnych siebie podczas rozmowy, a tak tchórzliwych w obliczu czarnego Escalade. Musiał się dowiedzieć kto to i liczył, że Maks mu w tym pomoże. Jadąc w kierunku jego apartamentu, uwagę Bartka przykuł ogromny wieżowiec, na szczycie którego widniał napis PCH. Już wiedział gdzie ma zacząć szukać odpowiedzi...

« Ostatnia zmiana: Sierpień 26, 2011, 20:37:22 pm wysłana przez damian »

Knoxville_

  • PCT Forum User
  • Wiadomości: 22
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #295 dnia: Wrzesień 13, 2009, 22:36:27 pm »
Po wyjściu z auta obaj zdjęli płaszcze Louis Vuitton i rzucili je na siedzenia. Bartek przeładował Desert Eagle’a i włożył go za pas. Przygładził czarny garnitur i chwycił czarne Wayfarery marki Ray Ban. Lewą ręką złapał za rękojeść shotguna i czekał na Jiggerskiego zakładającego na siebie pas z granatami.
   -Ty planujesz rozjebać pół osiedla?
   -Hm. Może racja – powiedział zmieszany Maks i odłożył pas. – To idziemy?
Bartek przytaknął głową. Przeszli spokojnie przez ulicę tuż przed ‘L-ką’, w której  Kamil, szerzej znany z barów jako eskejd, zdawał swój 24 egzamin na prawo jazdy w tym miesiącu. Podeszli pod drzwi, poprawili krawaty i spojrzeli na siebie. Ułamek sekundy później Knox przeładował błyskawicznie shotgun i oddał dwa strzały w zawiasy. Maks kopnął drzwi a te spadły tuż przed stojących w przedpokoju Kubę, Przemka, Damiana i bliżej nieznaną osobę.
   -SAY HELLO TO...
   -Nie każdy chłop z M4 to Pacino. – przerwał tajemniczy jegomość.
Tuż po wybrzmieniu ‘o’ zebrani usłyszeli strzał i dźwięk opadającego bezwładnie na podłogę człowieka.
   -A teraz Jiggerski wytłumacz mi proszę, dlaczego trumna tego człowieka nie będzie otwarta. – rzekł z przekąsem Damian.
   -Wkur**ił mnie – odparł Maks ze spokojem na twarzy odpalając równocześnie Camela.
   -Kto to był tak w ogóle? – spytał Knox wypuszczając dym z Lucky Strike’a – Ty Kuba gówno Ci się do gardła cofnęło? Pytam grzecznie.
   -T-t-t-to b-b-b-b-był M-m-m-m-iklas – wyjąkał.
   -E to mała strata – machnął ręka Jiggerski, na co zaczęli śmiać się wszyscy poza przerażonym właścicielem domu.
   -No to chodźmy usiąść i na spokojnie porozmawiać, bo ktoś tu jest coś winien.
   -O nie panowie, obowiązki wzywają – powiedział dostojnym tonem Przemek. – Marchew sama się nie posadzi! – krzyknął po czym wybiegł z domu.
   -Czasem się go boje. – powiedział Maks i zaczął iść do pokoju za pozostałymi.

Sorry Miklas, ktoś musiał dla intrygi ;>

Hubert

  • PCH Legends
  • *****
  • Wiadomości: 1 481
    • PCHTEAM
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #296 dnia: Wrzesień 14, 2009, 08:14:41 am »

Knoxville_

  • PCT Forum User
  • Wiadomości: 22
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #297 dnia: Wrzesień 14, 2009, 21:41:37 pm »
Mężczyźni w czwórkę usiedli wokół stołu. Bartosz wyłożył nogi na stół bez większego przejęcia się czy podoba się to gospodarzowi i odpalił spokojnie papierosa. Maks natomiast wziął dużego łyka ze swojej piersiówki, jak zwykł czynić przed rozmowami o pieniądzach. Damian włożył twarz w dłonie i czekał na niechybną kulę w łeb dla Kuby, który był tak przerażony, że nie był w stanie siedzieć spokojnie.
   -No więc panie Strzelczyk... – zaczął Maks, gdy Knox mierzył z broni do rzeczy w pokoju – jest nam pan winny 50,000 złotych + odsetki 5,000 złotych. Gdyby zgłosił się pan dnia spłaty, czyli dwa tygodnie temu, dostałby pan nowy termin. Niech pan sobie zapamięta, że nie próbuje się wydymać lepszych od siebie, bo skończy się w piachu, ale rozumiem, że ma pan cała sumę?
   -Problem jest tej natury... że chciałem oddać, naprawdę! Robiłem, co mogłem! Naprawdę...
W tym momencie przerwał mu huk wystrzału i dźwięk tłuczonej porcelany. To Bartosz wypalił z Deagle’a w coś przypominającego starą chińską wazę.
   -Masz kur**a obie nerki? – zapytał wstając.
   -S-słucham? – odpowiedział dość zdezorientowany Kubas.
   -CZY MASZ kur**A OBIE NERKI? – ponowił przykładając mu lufę do czoła.
   -T-t-tak!
   -Ha! Działa! – uradowany z niewiadomych przyczyn Knox spojrzał na wygrawerowany z bogu gnata napis ‘Izraelskie Serum Prawdy’ i usiadł znów tak samo. Wystraszony jeszcze bardziej Kuba nie wiedział gdzie ma umieścić spojrzenie.
   -No i widzisz – znów zaczął Pan Jiggerski pokazując Damianowi, żeby się odsunął – przejebałeś sobie. – gdy ‘Hagen’ firmy Pan Melonik był już w bezpiecznej odległości Maks dosunął Strzelczyka ze stołem do samej ściany. W tej chwili wystrzeliła broń i zrobiła dziurę w suficie.   
   -Weź kur**a uprzedzaj jak mam nogi na stole ok? – powiedział Knox strzepując z garnituru tynk. – Co Ty w ogóle robisz? Odsuń się. – po czym odsunął stół od zdezorientowanego Kubasa, który opadł na ziemię. Bartek chwycił go mocno za bluzkę i włożył mu lufę do ust. –Wiem, że chce żyć, więc nie zadam durnego pytania. Warunek jest jeden, mów co tu kur**a robił człowiek z PCH.
   No właśnie PCH. Jedyna zorganizowana grupa sprzeciwiająca się dominacji Pana Melonika. Sprawiali problemy już od dobrego roku, gdy przestali płacić należne kwoty za broń. Kiedy odcięto im jednak jej dopływ zaraz przymaszerowali żądając obniżki cen, bo inaczej nie podołają. Obaj wspólnicy doskonale zdawali sobie sprawę z tego kłamstwa, bo jak można nie dawać rady płacić właściwie groszy mając salony najdroższych marek samochodowych świata w najprężniej rozwijającym się mieście na świecie? Po tym fakcie znaleźli sobie nowego dostawcę i zaczęli się nagle świetnie rozwijać. Przejęli wiele salonów w kraju i zaczęli produkcję najdroższych marek w mieście. Sama ekipa właściwie się niczym nie wyróżniała. Szefem został uznany niejaki Sadza, bo był największy i reszta się go bała ze względów gabarytowych. Pomagali mu Maks ‘Emka’ i Michał ‘Siadły’. Za ich chłopców robili Boobel i Miklas. Gdy szefowie mięli sprawę, to właśnie oni byli posłańcami i tym razem nie było inaczej.
   -Ch-ch-ch... – jąkał się Jakub.
   -Mów kur**a!
   -A-a-a-al...
   -Sam kur**a chciałeś – powiedział Bartek po czym przestrzelił kolano Śpiocha.
   -AAAAA kur**A MAĆ.
   -Oj nie tak brzydko. – po czym przestrzelił mu drugie. Wśród krzyków zaczął mówić –Masz nie wiele czasu zanim się wykrwawisz, więc zacznij mówić.
   -Chcieli dotrzeć do mnie przed wami, dać pieniądze zapewnić ochro...
   -BU!
Strzał poprzedził ciszę, która zapadła w pokoju.
   -Czy Ciebie Jigger, kur**a, do końca popier****iło?
   -Byłem ciekawy czy się wystraszysz  - powiedział Maks drapiąc się lufą po twarzy.
   -Brawo panowie. – przemówił wreszcie Damian. – Teraz będzie trzeba spotkać się na spokojnie z PCH i dowiedzieć się o co chodzi.
   -Ale nie dziś! Mamy sobotę, w sobotę się pije! – powiedział Knox
   -Jak z dziećmi...

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 081
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #298 dnia: Wrzesień 15, 2009, 15:10:04 pm »
Średnio podchodzi mi klimat, ale ten motyw z "BU" mnie zabił. W sumie nie tylko mnie :).

I AM BECOME DEATH

  • POLISZ KARFAKERS
  • ******
  • Wiadomości: 4 081
    • przemek.pro
Odp: [Opow.] Dzień z życia PCH.
« Odpowiedź #299 dnia: Wrzesień 16, 2009, 19:06:01 pm »
Nowe przygody PCH

Część druga, w której wciąż nie przyjrzymy się bliżej korporacji, choć otrzymamy kilka zakamuflowanych informacji o jej obecnym stanie, ale za to poznamy kilku nowych (starych?) bohaterów i ich nawyki. Śledząc losy jednego z nich, dotrzemy na imprezę, która dopiero zaczyna się rozkręcać...

Emka podrapał się po głowie. Nie zwykł drapać się po brodzie, jak to zwykle czynią twardzi bohaterowie opowiadań, ponieważ zarost miał raczej mizerny i nie powodujący zbytniego swędzenia po goleniu. Szczerze mówiąc, jemu też nie chciało już się pracować. W tym tygodniu wymodelował już 5 samochodów - "wymodelował" to nieco za duże słowo, jako że skończył wcześniej rozpoczęte prace, niemniej jednak wciąż było ich o 5 więcej niż dzieł pozostałych członków teamu. Postanowił więc niepostrzeżenie wyjść i przespacerować się w bliżej nieokreślonym celu.

Otworzył tanie drzwi z PCW, które strzegły dostępu do obecnej siedziby firmy PCH przy ulicy Świętokrzyskiej, będącej w istocie przebudowanym lokalem po sklepie spożywczym. Były to jednak pomieszczenia klimatyzowane, nie dziwne więc że zaskoczyła go fala gorąca, kóre buchnęło na niego natychmiast po opuszczeniu przyjemnie chłodnego biura. Nie planując zbytnio celu swojego spaceru, bezwiednie skierował się w stronę Marszałkowskiej, być może podświadomie przeczuwając nieuchronne spożycie posiłku w tureckiej restauracji - znaczy się pochłonięcie kebaba.

Mijając skrzyżowanie z jedną z przecznic - nigdy nie nauczył się ich nazw - usłyszał głośne śmiechy i wrzaski z lokalu, obok którego przechodząc zawsze krzywił nos z niesmakiem. Był to osławiony pub Karton, miejsce które upodobali sobie zarówno niektórzy członkowie PCH, jak i przedstawiciele firmy Gtareview, dawnego partnera handlowego, który niedawno ogłosił upadłość, a także inni bliżsi lub dalsi znajomi, czy ludzie znani tylko ze słyszenia. Emka ściągnął brwi. Nie darzył tego miejsca sympatią, uważał nawyk nieustannego przebywania tam za najzwyklejsze w świecie marnowanie czasu, który z powodzeniem można było poświęcić na bardziej produktywne zajęcia.

Kiedy właśnie myślał o gospodarowaniu czasem, zatrzymał się w pół kroku, jako że właśnie przyszedł mu na myśl Przemek i jego standardowo beztroskie zachowanie. Prawdę mówiąc, nie było z niego większego pożytku w firmie, na stanowisku na jakim był zatrudniony. Jakby się dłużej zastanowić, Przemek nie robił właściwie nic związanego z modelowaniem, choć dzielnie oszukiwał wszystkich, łącznie z samym sobą, że jest bardzo zapracowany i wraca do dawnej formy (jeżeli o takiej w ogóle może być mowa). Emka znał jego umiejętności, niegdyś uważane za ponadprzeciętne, ale wiedział że to już raczej melodia przeszłości. Buł w pełni świadom tego, że Przemek miał fuchę na boku, której poświęcał większość swojego czasu, ale mimo to cenił go za to, że wciąż udzielał się cierpliwie na helpdesku i starał się być na bieżąco ze sprawami firmy. I w pewnym momencie znikąd przyszła mu do głowy myśl, aby odwiedzić ów Karton i zobaczyć, co on takiego ciekawego sobą prezentuje.

Zawrócił więc i skręcił w miniętą uprzednio uliczkę. Doszedł do obdrapanych drzwi w drewnianej ramie. Były przeszklone, jednak osadzone w nich okienka były mocno zaparowane, tak że nie było przez nie widać ciemnego wnętrza. Pchnął je, jako że otwierały się w obie strony, jak drzwi w saloonach w większości westernów, po czym zrobił parę kroków naprzód. Wewnątrz nie było tak ciemno, jak mu się początkowo wydawało, nie było też duszno, a gwar panujący wewnątrz pubu skutecznie budował rubaszną atmosferę. Emka stał na schodkach, jako że lokal osadzony był nieco niżej niż próg, nad którym przed chwilą przeszedł. Słysząc, że drzwi za nim znów się otwierają, zszedł niżej, po czym, po chwili wahania, zajął miejsce przy małym stoliku w zacienionym rogu sali.

Kiedy dosunął krzesło do stolika, uważając aby zbytnio nie wymiąć drogiej marynarki, odetchnał głęboko i rozsiadł się wygodnie, starając się rozluźnić, aby wyglądać jak zwykły klient. Prawdę mówiąc, sam nie wiedział dlaczego miałby tak nie wyglądać, ale czuł podświadomie że przyszedł tu jakby na przeszpiegi... "Brednie", skarcił sie w myślach, choć wciąż gdzieś w głębi czuł, że pojawił się tu tylko po to, aby zbadać to miejsce, kierowany nagłym, właściwie niespodziewanym impulsem. Dlatego właśnie czuł się niejako jak intruz i mimo iż wiedział, że jest to absolutnie irracjonalne, nie potrafił poczuć się jak zwykły gość pubu.

Mimo to starał się wyglądać na odprężonego, ale zarazem nie chciał zbytnio zwracać na siebie uwagi. Dlatego więc szybko zamówił piwo u młodo wyglądającego jegomościa, który po paru chwilach podszedł do jego stolika. Po chwili sączył już kolejne łyki bursztynowego płynu, stopniowo starając się skupić swą uwagę na pozostałych klientach pubu. Zdziwiło go nieco, że wszedł właściwie niezauważony, ale zdał sobie sprawę że oni wszyscy, wyglądający zresztą na stałych bywalców, są tak pochłonięci najwyraźniej ulubionymi czynnościami, że odwrócić ich uwagę mógłby tylko wybuch bomby atomowej. I to sporej.

Niezależnie od tego, co można pomyśleć o Maksie, nie był on człowiekiem zestresowanym ani, o zgrozo, pracoholikiem. Przeciwnie, był człowiekiem prezentującym nastawienie "mocno imprezowe", choć do spraw zawodowych miał podejście dosyć zasadnicze. Wygodne siedzenie i pierwsze łyki piwa od razu podziałały na niego uspokajająco, eliminując resztki napięcia nerwowego, pozostawionego przez użeranie się z firmowymi bumelantami. Z ciekawością rozglądał się wokół, na tyle jednak dyskretnie, by nie wyglądało to - nie, nie podejrzanie, raczej - nieelegancko.

Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to zielony stolik ustawiony w najbliższym rogu sali. Mimo iż stał na uboczu, hałas jaki robili rozentuzjazmowani gracze w - najprawdopodobniej pokera, sądząc z wydawanych przez nich odgłosów - automatycznie promował ten obszar sali do rangi centralnego punktu pubu. Bez większego zdziwienia dostrzegł Przemka pośród siedzących wokól stolika. Już odwracał głowę, by przyjrzeć się bliżej imponującej ilości różnorakich wyrobów alkoholowych, okupujących półki położone nad barem, gdy nagle wśród pokerzestów rozgorzała gorąca dyskusja. Jeśli oczywiście można nazwać to dyskusją.

- kur**a! Czy ja dobrze widzę?! Sprawdziłeś raise'a z piątką i ósemką? Raise'a z piątką i ósemką?! - darł się teatralnie jakiś młodzian w ciemnych okularach - aviatorach i czapce wciśniętej ciasno na głowę. Emka uśmiechnął się pod nosem, bo choć wiedział że atrybuty te miały zapewne na celu ukrycie oczu i pomniejszych ruchów twarzy gracza, to jednak myśl, że zakładanie okularów przeciwsłonecznych i czapki w stosunkowo ciemnym pomieszczeniu wygląda dość zabawnie, zdominowała ogólne wrażenie.

- Sprawdzać takiego overbeta z piątką i ósemką! Idiota z Europy! - kontynuował wzburzony chłopak.
- Nie ucz mnie grać w pokera, bo masz najmniej żetonów przy tym stole! - odgryzł mu się wściekłym głosem tęgi brodacz, najwyraźniej adresat wcześniejszej połajanki.
- Człowieku, jak ja grałem w pokera to ty kupowałeś karty do piotrusia!
- Ta, może jeszcze w piaskownicy w pokera grałeś - ironizował brodacz.
- Ja jestem najlepszym graczem w tym barze!
- pier****icie, syny - odezwał się Przemek z flegmą godną angielskiego lorda. Trzymana przez niego szklanka szkockiej z lodem, wespół z nienagannie skrojoną marynarką, wybitnie kontrastowała ze sportowymi, białymi butami które miał na nogach. Podobnie jak styl jego wypowiedzi z jej treścią.
- Wy traktujecie pokera zerojedynkowo, binarnie - ciągnął spokojnie, najwyraźniej delektując się tym jakże trafnym, w jego mniemaniu, okresleniem. - Dla was liczy się tylko "czy ten z naprzeciwka blefuje czy nie". Poker to matematyka, tu trzeba umieć liczyć prawdopodobieństwo. Dobry gracz to nie ten, który
wygrywa wielką pulę z jakimiś mega kartami. Karetę asów może trafić każdy, sztuką jest stracić jak najmniej, kiedy jest się na straconej pozycji. No i wyciągnąć jak najwięcej, kiedy się wie, że ma się najlepsze karty.
Swą wypowiedź podsumował wchodząc all-in, by ponieść spektakularną porażkę z niepozornym graczem, wyglądającym zresztą na nieco zaspanego.

Ciąg dalszy już niedługo. W części trzeciej wciąż pozostaniemy w pubie Karton, poznamy nowych bohaterów, a także spotkamy kilku starych. Nie martwcie się, niedługo znów znajdziemy się w budynku korporacji... Choć korporacja to juz chyba za duże słowo.